Historia Jemioła…
Blogerka milcząca to zjawisko mało pożądane - zdaje sobie z tego sprawę. Jednak przejście ze stanu ,,długie wolne” w stan ,,bardzo niewolne” spowodował lekkie zagubienie się w organizacyjnej czasoprzestrzeni. Ale wracam już do świata osób z uporządkowanym życiem codziennym, w związku z tym PISZĘ.
Ostatnimi czasy świat polskich wybiegów miło mnie zaskakuje. Nie wiem dlaczego pojawił się nagły zryw kreatywności wśród projektantów i jednej reżyserki (bo z grubsza tyle mamy w tym kraju), ale zmiana poziomu działań jest stanowczo na plus. Świetnym przykładem może być wczorajszy pokaz Łukasza Jemioła, który oczarował mnie przede wszystkim koncepcją - niebanalną, spójną i przemyślaną. Otóż całość odbywała się w klimatycznej, okrągłej sali Galerii Porczyńskich, na której ścianach znajdują się epokowe portrety z XVIII wieku. Na początku pokazu zgasły wszystkie światła i salę opanowała totalna ciemność. Nagle zaczęły podświetlać się wybrane obrazy - przytłumionym światłem. Była to jedyny ,,element dekoracyjny” pokazu, ale niesamowicie wprowadził w klimat. Tym bardziej, że modelki, które pojawiły się na wybiegu miały fryzury i makijaże jakby skopiowane z obrazów znajdujących się na ścianach. Coś kojarzącego się na zasadzie ,,wychodzenia” z obrazu. Trudno jest mi określić czy kolekcja również nawiązywała do klimatu dzieł przedstawionych na ścianach (bo nie jestem zagłębiona w historię mody), ale wszystko tworzyło zgraną całość pod kątem wizualnym.
Spójność pomysłu z miejscem i stylizacjami oczarowała mnie, bo w świecie polskiej mody nie często zdarza się tak przemyślany projekt. Ostatnio wszystko odbywa się w ,,industrialnej” hali Soho Factory, a pokazy różnią się od siebie tylko tym, w którym miejscu ustawiony jest wybieg. W tym przypadku było zupełnie inaczej. Relację z pokazu podrzucę Wam jak tylko się ,,zmontuje” :)
Kolekcja sama w sobie też bardzo ciekawa, natomiast podejrzewam, że jest na tyle charakterystyczna, że wielu osobom jednak nie będzie odpowiadała. Sama wypatrzyłam coś dla siebie, ale żeby nabyć ciuch z tej półki muszę jeszcze pokornie zaczekać, chyba że wezmę kredyt na odzież jak pewien stylista.
Natomiast kto powiedział, że nie można ubrać się fajnie, nie będąc od góry do dołu ubranym w ,,projektanta”. Ja twierdzę i twierdzić będę, że jest to wykonalne i próby podejmuję - czy udane, tego nie wiem, ale ćwiczyć trzeba. Tym razem wcisnęłam się w skórzaną kurteczkę i spódnicę w stylu rockowej księżniczki - bo takiej zwykłej królewny nie przetrawiłabym. Całkiem nieźle czułam się w tej odsłonie, więc pewnie częściej będę atakowała klimat tego typu. Tym bardziej, że przy częstotliwości moich wyjść ,,na solony” muszę być pomysłowa. Zasadniczo nikt nie zabrania mi zakładać kilka razy tego samego, co oczywiście zdarza się często. Jednak gdybym nie stawała na głowie to pewnie szybko miałabym dosyć siebie w lustrze (jak to kobieta), a widzowie mojego widoku na ekranie. Więc pewnie niedługo, żeby wymyślić COŚ JESZCZE wyskoczę w sukience syreny, czy innego niedźwiedzia. Oby nie.
minus 20…
Macie wrażenie, że ten weekend był ZA długi? Zapobiegawczo przepraszam wszystkich, którzy nie zasmakowali tego wolnego czasu i aktualnie buchają pogardą za poprzednie pytanie. Ale poważnie uważam, że co za dużo to nie zdrowo, tym bardziej, że w tego typu okresach Warszawa zamiera, zwalnia bieg, pustoszeje i traci swój wielkomiejski urok, który jednak lubię. Dlatego szkoda, że część w dziczy nie mogła przenieść się jeszcze na sobotę i niedzielę, ale nie będę się nad tym dłużej rozwlekać bo wyjdę na postać skrajnie niewdzięczną.
Wracając do życia nad jeziorami, w lasach i na trawie. Jestem oszołomiona poziomem lenistwa, który wdał się podczas tego wyjazdu w osiem młodych dusz. Całe dnie bazowały na leżeniu / jedzeniu, a w chwilach wyjątkowej finezji ktoś poszedł na ryby, ktoś inny na łódkę, ktoś rozpalił ognisko lub pobawił się z psem… Czyli absolutny, wspólny brak celu działań, który okazał się UPOJNY. Jednak zupełnie nie oznacza to, że było nudno - ooo nie. Posiadam ten rodzaj bezapelacyjnego szczęścia, że otaczam się ludźmi, którzy nawet leżąc przez 3/4 czasu potrafią zapewnić rozrywkę na poziomie top.
Moim ulubionym nicnierobieniem była łódka w gronie całkiem kobiecym. Swoją drogą z delikatnych samic wychodzą nadprzyrodzone siły w sytuacji ,,musimy samodzielnie wytaszczyć łódkę i wypłynąć na środek jeziora” . Nie ma, że za ciężko, nie ma, że brudno, nie ma, że boli - wiosłuje się, szarpie ponad siły i to wszystko o dziwo - z przyjemnością. Ale akurat trzeba przyznać, że mnie zaszczyt wiosłowania ominął - bez rozczarowania. Wycelowałam w opcję ,,leżę-piwko”
A jeżeli chodzi o mojego szanownego kundla, to trafił do raju - bezsprzecznie i na pewno! Plener 24 h/d według uznania, słoneczko lub cień - do wyboru, las lub jezioro - zgodnie z wolą, no i oczywiście ośmioosobowy personel. Chłopak poszalał, ale komu jak komu - jemu się należało. Oczywiście stał się niezaprzeczalną maskotką wyjazdu rozkochując w sobie wszystkich. Uznałam, że właściwe imię dla tego stwora to ,,Celebryta” - im większą ma popularność, tym bardziej przewraca mu się w głowie. Ale dla mojego zdrowia psychicznego pozostańmy przy RETRO.
Dzisiaj przeczytałam, że urlop potrafi obniżyć IQ o 20 punktów… niepokojące bo czuję, że ten proces zaszedł w moim przypadku. Ale zostawiam te cyferki i z wiarą, że nie jest aż tak źle, wypoczęta wracam do codzienności :)
Dziczy smak…
Stała się rzecz niesamowita. Biegun zimna, który w maju zawsze kompetentnie spełnia swoją mroźną rolę, w tym sezonie zafundował nam egzotykę. Właśnie leżę w kostiumie i sapię, mimo że jestem w cieniu. Ulgi dodaje łomża z cytrynką, czyli klasyk klasyków. Niestety mój pies piwa nie pija, więc sapie bardziej niż ja, ale wygląda na zadowolonego - w końcu wielka przestrzeń zielono-leśna do wyłącznej dyspozycji to nieświadome marzenie każdego psa rasy mix i nie tylko.
Dzicz to środowisko, które skrada moje zmysły. Bardzo odpowiada mi brak potrzeby włączania muzyki (bo ptaki śpiewają), wylegiwanie się na trawie, hipnotyzowanie się ogniskiem… tak zwane proste życie, powrót do korzeni :D. Kilka dni takiego odcięcia daje radę - upojnie. Mimo wszystko jestem niezwykle zadowolona, że odludzie akceptuje sieć internetową i że mogę w stanie totalnego relaksu napisać coś, cokolwiek bo ostatnio czasu na takie napisanie bez presji czasu było niewiele.
Jednak teraz mam zamiar ułożyć swe leniwe ciało nad jeziorem, w pełnym, słonecznym żarze i wypowiedzieć kilka zdań zachwytu, a następnie narzekania, na dziki gorąc lejący się z nieba. A co! wolno mi :)
Maju raju…
Można ekscytować się tym, że w środę byłam na pokazie najnowszej kolekcji Zienia (piękne ciuchy, straszny tłok). Można także ekscytować się tym, że w czwartek zaliczyłam rozdanie Fryderyków, które zazwyczaj ogląda się na szklanym ekranie, z ciekawości kto w tym roku okaże się wokalistką/zespołem/płytą/… roku. A jednak nic z tych wydarzeń nie może równać się z tym, co w szczególności i bez wątpienia zasługuje na pełną, prawdziwą, nieskażoną ekscytację - jest to MAJÓWKA.
Jeden z klasycznych wyjazdów, który jest absolutnym MUSEM w kalendarzu. Tradycyjnie będzie Suwalszczyzna, jezioro, dzicz, ognisko, lenistwo, łomża miodowa, a w tym roku nawet pojawi się łowienie ryb. I jak tu nie ekscytować się, że w końcu można na tydzień zapomnieć o kreacjach, bazie pod podkład (!) i podkładzie, trzymaniu mikrofonu w odpowiedniej pozycji i rozmowach o detalach życia obcych ludzi. Jest szał. Z dziką rozkoszą pakuję dres, kawałek kostiumu wraz z olejkiem do opalania (optymistyczna wersja pogodowa), książkę, psa, stado znajomych i jestem w raju.
Dlatego kolejna odsłona Barbrowego istnienia będzie bazowała na niesplamionym relaksie. Może pokażę Wam co złowiłam, jak nauczyłam psa aportować, lub opiszę porażenie słoneczne, ale Z PEWNOŚCIĄ w tle nie będzie żadnego wybiegu, premiery, a tym bardziej celebryty :D
Wolności! upajam się Tobą.
Uć była taka…
Trudno powiedzieć co konkretnie wywołało mój entuzjazm na punkcie polskiego Fashion Week’u. Być może były to pokazy, ale twierdzę, że jednak część ,,prywatna” była tutaj kluczowa i w znaczącym stopniu wpłynęła na mój jakże euforyczny odbiór tego wydarzenia. Trzeba przyznać, że ze względu na życie we Francji i aktualną pracę, temat modelingu odszedł w zakurzone zapomnienie, prawdopodobnie żeby pozostać tam na wieki, wieków, amen. Tak jak o tym ,,zawodzie” można zapomnieć szybko, tak o osobach, z którymi pracowało się przez lata - dużo ciężej. Dlatego tegoroczny Fashion Week był idealną, soczystą okazją, podczas której spotkałam pół swojego świata. Powrót do hotelu zaliczyłam bladym świtem, co nie zdarzyło mi się od dawna (starość) - i jakże upojnie mi z tym było! Następnego dnia nogi nie miały ochoty chodzić, przez zmęczenie hasaniem na klejących podłogach ,,Małego Pikusia” . Warto było mimo wszystko. Dlatego twierdzę, że prywata mogła mieć spory wpływ na to, że FW zaliczam do bardzo udanych.
Ale, ale! Nie jest tak, że wydarzenie samo w sobie było kiepskie - przeciwnie. Trzeba przyznać, że wygląda to bardzo dobrze, było zorganizowane profesjonalnie i na wysokim poziomie. Do tego w powietrzu i w oku czuć było klimat tego specyficznego ,,światka”, czego nie można powiedzieć o większości imprez tego typu. Osobiście nie czuję się turbo komfortowo w takim feszyn stadzie, gdzie każdy prześciga się tym co dziwniejszego na siebie założy. Ale pod kątem oceny całości wydaje mi się, że to jaki ,,obrazek” tworzą zgromadzeni też jest istotne.
Z ciekawostek - zaobserwowałam, że modelki na obiad dostały sałatkę, co raczej nieczęsto zdarza się na polskich pokazach - zazwyczaj na backstage wjeżdża sterta pudełek pizzy lub jakiś azjatycki twór. Tutaj podeszli do sprawy iście europejsko i karmili panie liśćmi.
Moja relacja z tego wydarzenia (jednego z dni) wygląda następująco.
Dzisiaj kontynuacja ,,feszyn kwietnia” w postaci pokazu Zienia. W związku z tym porzucam pisanie, aby stanąć przed szafą i z pewnością, tradycyjnie powiedzieć ,,nie mam się w co ubrać”. Mój pies będzie bacznie przyglądał się przymierzanym kompletom myśląc, że matka zwariowała bo zakłada, a potem zdjemuje - klasyk :)
Feszyn wzloty, feszyn upadki…
Korzystając z cudownego wolnego czasu, kiedy mogę pół dnia przełazić w dresie, zasiadłam do komputera, aby zgodnie z zapowiedziami opisać to i owo z miesiąca przesiąkniętego oparami fashion. Rozpoczęciem maratonu były wcześniej wspomniane pokazy projektantów, a to wszystko ze względu na wprowadzenie nowej marki kosmetyków do włosów na szanowny rynek polski. A jak wchodzić na rynek to z pompą sprowadzając chmarę projektantów i posadzić w pierwszym rzędzie Marinę obok Sablewskiej i piszą o tym wszystkie portale - brawo. Ale przyznam, że impreza była wyjątkowo udana, głównie ze względu na pokazy, które stanęły na wysokości zadania. Moje serce podbiła kolekcja + show zaprezentowane przez Zuo Corp. Z pomysłem, pasją, klasą.
Przy wyjściu otrzymałam worek produktów owej firmy fryzjerskiej i po jego otwarciu jawnie zaszydziłam z zawartości. Nie dlatego, że była uboga (wręcz przeciwnie), a dlatego, że znalazłam tam między innymi spray nazwany ,,sól morska”… Pomyślałam sobie ,,czego to już ludzie nie wymyślą żeby zarobić”. Natomiast wyplułam te słowa 2 dni później, kiedy z czystej ciekawości chlapnęłam sobie ten specyfik na absolutnie nieułożony włos, spojrzałam w lustro i nie wierzyłam. Na mojej głowie ukazała się perfekcyjna naturalna fala, bez wiejskiego kręcenia loczków - czyli efekt, który chciałam osiągnąć od X lat i zapisałam go już na liście z cyklu ,,nie możliwe”. A tu pojawił się produkt, który mnie zadziwił i jestem bardzo rada, że otrzymałam aż 2 buteleczki - jedną dużą, drugą ,,torebkową”. (marka Toni&Guy - chyba jeszcze nie ma w sklepach, ale jak będzie polecam. Spray w kolorze jasno zielonym)
Drugie wydarzenie z cyklu ,,miesiąc, który zabije patrzeniem na pokazy” niestety było wielką kichą. Przede wszystkim nastawiałam się, że będę w stanie na głośno i namolnie zapowiadanych wyprzedażach upolować coś znakomitego. Kiedy przyszłam na miejsce zaobserwowałam tylko pustawe stanowiska, mało zachęcające ,,przeceny” i absolutny brak klimatu nabywania w drodze kupna. Wyglądało to bardziej jak średniej klasy targi… Na drugiej sali odbywały się pokazy. Te które zobaczyłam powodowały upojne wyobrażenie uderzenie głową w ścianę. Czyli 15 minut łażenia w tę i z powrotem identycznych modelek, w prawie identycznych strojach. Fakt, że nie zostałam do końca tej ,,imprezy życia” i być może zamykające pokazy zmieniły rzeczywistość tak, że już nigdy nic nie będzie takie samo, ale pierwsze 4/5 imprezy to prawdziwy, soczysty kanał.
2 wspomniane wydarzenia łączyły tylko 2 elementy: miejsce (Soho Factory) oraz dość urocze plastikowe krzesła przy wybiegu TYLE. W ostatecznym rozrachunku okazuje się, że firma produkująca szampony potrafi zorganizować lepszy event modowy niż wielcy warszawscy specjaliści tworzący hucznie brzmiący WARSAW FASHION WEEKEND.
Z tego całego szału wyniosłam rewolucję na mojej głowie w postaci soli morskiej i głębokie rozczarowanie, bo nie ma nic gorszego jak kobieta przygotowana na zakupy, których nie udało się zrobić :)
Następny przystanek: Łódzki Fashion Week.
Dżungla feszyn…
Kwiecień, kwiecień. Jak się okazuje łączy się z nim nie tylko stare jak dziad z babą przysłowie o przeplataniu pór roku, ale także wielkie, dzikie szaleństwo w świecie polskiej mody. Aktualnie rozpoczyna się morderczy dla niektórych, a upojny dla innych maraton pokazów, imprez, wysypu showroomów, wyprzedaży projektantów i wszystkiego co można sobie tylko wyobrazić.
Tylko dzisiaj odbywają się cztery pokazy w słynnym, industrialnym Soho Factory. Po wybiegu będą szorować modele Mariusza Przybylskiego, Agnieszki Maciejak, Zuo Corp i ku mej uciesze Roberta Kupisza. To tylko tyciutki początek bo już od jutra zaczyna się Warsaw Fashion Weekend, a wraz z nim kolejna dawka pokazów oraz ku zadowoleniu wielu plus mnie - wyprzedaży fajnych marek podczas Bilioneurobab. Idziemy dalej… Po weekendzie od czwartku zaczyna się już nie po woli, nie troszeczkę, a Z POMPĄ. Fashion Week w Łodzi czyli cała dzika, długa seria wybiegowej historii, debiutów i triumfów projektantów.
Tyle z opowieści pięknych i roztaczających wizję upojną. Zastanówmy się co ten ,,raj modowy” oznacza dla takiej mnie… Oznacza wielką nadzieję o kreatywności zarówno projektantów jak i choreografów aby moje oko nie nudziło się w takim stopniu jak przewiduję. Oczywiście szmatki są fajne, ubrania uwielbiam, ale w takim nasileniu obcowania ze światem mody może zakończyć się to fashion niestrawnością. Dlatego mam nadzieję, że relacjonowanie tych wydarzeń jednak pójdzie gładko, szybko i przyjemnie. Trzymam za to kciuki MOCNO.
Żeby ułatwić sobie przełknięcie tego tematu przygotowałam się pod kątem ubraniowym już teraz. Wszystko po to żeby przez oglądaniem szmat, gadaniem o szmatach, dodatkowo nie musieć katować się godzinę przed szafą szukając SZMAT na siebie. Dlatego podjęłam to wielkie wyzwanie i kompleciki na część najbliższych wydarzeń są gotowe - duma mnie rozpiera, mam z głowy strojenie.
Oczywiście w ten gorący okres wchodzę pełna optymizmu bo nastawienie to podstawa. Może nawet upoluję jakąś zdobycz do mojej szafy w tej dzikiej dżungli. Mam także zamiar to co zobaczę i doświadczę przedstawić Wam w formie tak zwanej postronnej opinii Barbary. Życzcie mi woli walki, cierpliwości i smacznych cateringów… A PRZETRWAM :)
Grzybków marynowanych…
*
*
I tradycyjnie przyszedł ten okres w roku, w którym wszyscy szaleją na punkcie jajek, królików i innych koszyczków. Dlatego tradycyjnie poczuwam się do odpowiedzialności, żeby po raz kolejny życzyć Wam żeby ten czas był dla Was wyjątkowy, relaksujący, rodzinny, leniwy lub taki jaki sobie wymyśliliście. Moje święta tradycyjnie spędzam w kieleckim zaciszu, konsumując smakołyki, delektując się wolnymi chwilami.
A odnośnie smaków świąt, to uświadomiłam sobie, że zarówno święta grudniowe, jak i te kwietniowe kojarzą mi się przede wszystkim z tym, co MARYNOWANE. A już pyszne kurki, pieczarki, czy podgrzybki w tej formie powodują szał mojego podniebienia. Świąteczne śniadania z takimi frykasami to jest coś, na co czekam zawsze. Dlatego z wielkim oczekiwaniem myślę o jutrzejszym, niedzielnym, porannym ucztowaniu! Jaka zła ze mnie osoba, że w świętach widzę przede wszystkim KONSUMPCJE w domowym otoczeniu… a jak mi z tym dobrze :)
WESOŁYCH ŚWIĄT !
*
*
Wyciskacz oglądalności…
Pamiętacie jak w styczniu napisałam o tym, że uczestniczyłam (oczywiście biernie) w castingach do nowej edycji You Can Dance ? Opisywałam to w całej gamie ohów, ahów, plusów i szału. Czyli reasumując - pozytywnie.
Dzisiaj wcinając kanapki z kiszonym i relaksując się pierwszym, cudownie wolnym dniem od dłuższego czasu, poddałam się skrajnemu lenistwu. Czyli łóżko i telewizor (TAK od niedawna mam telewizor!). Następnie wygramoliłam się z kołder i zajęłam się krzątaniem po domostwie, wciąż z tłem w postaci telewizyjnego gadania. I tak zorientowałam się, że przynajmniej 10 razy podczas tego krótkiego czasu zobaczyłam zapowiedź dzisiejszego YCD… Oczywiście głównym punktem ,,reklamówki” jest poruszająca historia tancerza, który jest bezdomny (nie płaci za mieszkanie i czasem nie je żeby mieć fundusz na zajęcia taneczne… gratulacje). W międzyczasie pojawiła się terapeutyczna kanapa w Dzień Dobry TVN, na której owy młodzian opowiedział swoją ,,wzruszającą” historię. Oczywiście chłopak jest bardzo uzdolniony i robi wrażenie, ale kiedy jego nietypowy wybór życiowy staje się wzruszającym tworem napędzającym oglądalność, a później smsy widzów to przyznam, że jego talent staje się nieco splamiony w moich oczach.
Błagam, cierpię, błagam… Dlaczego telewizja wiecznie złapie się jakiegoś łzawego wątku i ciągnie za niego, ciągnie aż do zrzygania, bez hamulców. Miałam takich sytuacji już z milion, że oglądałam jakiś absolutnie fenomenalny występ, w programach typu talent show, otwierała mi się twarz ze zdumienia, po czym pojawiał się materiał opisujący osobę… ,,Mama nas zostawiła, kiedy miałam 12 lat, od tamtej pory sama zajmuję się bratem, bo tata pracuje w kopalni, nie ma go prawie wcale w domu”, NO BŁAGAM. Czy programy talent show to bitwa na nieszczęście, czy TALENT jak sama nazwa wskazuje? Chyba jednak w praktyce to pierwsze. Oczywiście należy interesować się tym, że ludzi spotykają nieszczęścia, mają ciężko i potrzebują pomocy, ale od tego są zdaje się inne pozycje programowe…
A jak już bezdomność z wyboru jest głównym elementem kampanii YCD to boli mnie to bardzo i kładzie nieco żenujący obraz na fantastyczny, prawdziwy, soczysty casting, który widziałam na żywo. Dzisiaj z pewnością go nie zobaczę (i to nie tylko dlatego, że wolę spotkać się ze znajomymi :P) bo już totalnie wiem jaki łzawy wyciskacz oglądalności został zrobiony z tej wybitnej mieszanki prawdziwych talentów…
Nie chodzi w tym wszystkim o to, że drażni mnie zarabianie kasy na programach TV. Sama jestem w tej branży, a z czasem pewnie będę coraz głębiej i cholera wie w jakim formacie wyląduje. Logicznym jest, że telewizje prywatne mają na celu ZARABIAĆ i póki im się to udaje to gratuluję i nawet rozumiem te działania. Narzekam bardziej z perspektywy widza, który kiedy włącza program rozrywkowy oznacza to, że CHCE ROZRYWKI, a nie tragedii, płaczu i kaca moralnego, że ma lepiej niż ci biedni ludzie. Kiedy mam ochotę na smutniejsze zderzenie z rzeczywistością czytam lub włączam z własnej woli coś zupełnie innego, niewyciskającego mi emocji na siłę, z zaskoczenia żeby zapełnić budżet programowy.
Tak mnie naszło na wylanie swoich żali co do świata, w którym rozrywka zaczyna przybierać jakieś zniekształcone formy. Dlatego ja chwycę za rozrywkę, którą znam i kocham, jednak skutecznie oddalając się od nowego telewizora :)
Sukces szminką pisany…
Ze względu na dużą pompę, którą zamontowałam w swoim życiu zawodowym, postanowiłam całkowicie włączyć się na level AKTYWACJI. Mówi się, że wszystko co zostawia się ,,na potem” zazwyczaj zostaje w szufladce ,,fjuczer” i już tam pozostaje. Dlatego zaczynając od przygotowania osobistej wyprawki kobiety-planowanego-sukcesu postanowiłam jednym susem przygotować nowe wizytówki, stworzyć nową stronę internetową i aktywnie podtrzymywać kontakty, które budują sieć zwaną ,,nigdy-nie-wiadomo-kiedy-się-przyda”. Czyli standard, który musi zrobić każdy freelancer, a który każdy w którymś momencie odkłada na odwieczne ,,kiedyś”.
Żeby dodatkowo palnąć sobie kopniak w tyłek, który zmotywuje mnie do działania wybrałam się na spotkanie ,,Sukces pisany szminką”. Takie cykliczne konferencjo-pogadanki, które są całkowicie skierowane do kobiet, mówią o kobietach, a przede wszystkim - w gronie kobiecym. Wzajemne ładowanie sobie baterii w nieco nietypowych okolicznościach. Przyznam, że chociaż poszłam tam z ciekawości i nie spodziewałam się zbyt wiele, to okazało się, że nawet takie krótkie spotkanie, w przypadkowym gronie, może na parę spraw otworzyć oczy i dodać energii żeby iść, a raczej przeć DO PRZODU. Jeżeli szanowne panie czytelniczki (przepraszam za chwilowe ominięcie panów w tym wątku) wypatrzyłyby, że w ich mieście odbywa się jedno ze spotkań z tego cyklu to warto iść. Skoro zmotywowało nawet tak skrajnie zmotywowaną osobę jak ja to podejrzewam, że osobę która osiadła na mieliźnie, uskrzydli z mocą jeszcze konkretniejszą. Przyznam, że zaraz po wyjściu miałam myśl, że jednak nic z tego nie wyniosłam, wszystko już wiedziałam wcześniej i że w ogóle wszystkie rozumy zeżarłam. Natomiast kiedy emocje po spotkaniowe trochę już opadły, zorientowałam się, że chęć do działania jednak wzrosła i że wyciągnęłam wnioski niby proste, ale takie które wcześniej nie funkcjonowały w mojej niezmąconej niczym świadomości.
Dlatego polecam wszystkim, a szczególnie kobietom, które chcą zacząć życie zawodowe (a na przykład idzie to opornie) lub mają kawał kariery za sobą, sztab dzieci na karku i szukają poklepania po ramieniu i kopa w szanowną pupę. Bo należy dodać, że oprócz czysto ,,terapeutycznego” działania są to także spotkania networkingowe, czyli mające na celu skojarzenie osób i zainicjowania kontaktu między ludźmi, którzy mogliby sobie pomóc czy to w pasji, czy w zawodzie, czy prywatnie.
Taka jest historia mojej aktualnej dodatkowej dozy energii. Natomiast jeżeli chodzi o szminki same w sobie to z przykrością - nie stosuję. Moja osobista teoria głosi, że małe usta stają się od szminki jeszcze mniejsze więc może warto żeby siebie nie krzywdziła. Ale jeżeli dopadnę gdzieś odcień, który mnie interesuje (laserowy, głęboki pomarańcz) to chyba nie oprę się pokusie i odmaluję się jak stare miasto.
A skoro była mowa o mojej stronie to wpadnijcie na coś, co jeszcze prawie nie istnieje, ale podbijcie mi swoim łaskawym kliknięciem pozycje w google www.barbarapasek.pl
Moda niedoskonała…
Ostatnio przeczytałam artykuł dotyczący jednego z polskich projektantów, który zdecydował się nie wpuszczać na swoje pokazy krytyka modowego, który wyjątkowo ostro potraktował jedną z jego kolekcji. Jest to według mnie dość zabawne bo pokazuje, że świat polskiej mody jest z jednej strony bardzo narcystyczny, a z drugiej mocno ..lizodupny”. Czyli wszystko co jest FASHION z pewnością jest także TOP , warto to mieć, warto tam być, warto mówić, warto mimochodem wymienić nazwisko projektanta. Zupełnie nie w zwyczaju jest mówienie czegoś złego o projektantach i ich tworach, dlatego to wszystko zaczęło robić się mocno mdłe - jeżeli wszystko jest na TAK, gdzie emocje?
Trzeba przyznać, że wiele pokazów wieje nudą. Nie chcę tutaj oceniać proponowanej mody bo nie jestem krytykiem, nie śledzę trendów, nie wiem co już jest żenująco passe, a co jeszcze kipiąco świeże - dlatego w tej kwestii milczę. Ale pomijając już projekty, które oczywiście są tutaj bardzo istotne, uważam, że warto pomyśleć także, a może przede wszystkim o FORMIE tego jak okazy zostaną pokazane. Mamy przykład kultowej marki Victoria’s Secret, których pokazy są zawsze bez pudła. Fakt - pokazywana jest piękna pół-nagość, która przyciąga, ale oprócz tego jest to zawsze niesamowite show. Natomiast na naszych rodzimych wybiegach niestety wieje nudą bo wszyscy chcą być tak światowi w stylu FASHION, że jedyne co chcą proponować to modelki z kamienną twarzą, chorym makijażem i kanciastym stylem chodzenia. Oczywiście ma to swój urok, ale traci go zupełnie , kiedy WSZYSTKIE pokazy są takie same - uleciała wyjątkowość, uleciał blask.
Dlatego ostatnio podczas pokazu Roberta Kupisza byłam bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczona. Całość była utrzymana w klimacie absolutnie świeżym, radosnym, z totalnym brakiem snobizmu czy sztywności. Całość klimatem kojarzyła mi się z polskim filmem ,,Wszystko co kocham” - prosto, ale energetycznie, z powiewem radości z życia. Wszystko zaczynając od muzyki, poprzez pomysł na rozpoczęcie pokazu, po spontaniczne zachowania modeli/modelek - wszystko to dało efekt show bardzo soczystego, zapisującego się w pamięci. Show, które nie pozostawia lekkiego posmaku żenady, że znowu kreujemy się na największe wybiegi zachowując się kropka w kropkę jak Dior czy Prada… Pokaz rewelacyjny, przyjemny dla ucha, oka, samopoczucia.
Relację, którą z niego zrobiłam razem z rozmową z projektantem możecie zobaczyć tutaj:
I przysięgam, że te pozytywne przemyślenia nie wynikają z solidarności regionalnej, chociaż zawsze będę twierdzić, że Kielce mają pozytywne fluidy :P
A tak z głębi mojego często bolącego kręgosłupa mam nadzieję, że pokazy będą coraz częściej serwowane w takiej formie. Aktualnie będąc już praktycznie tylko po stronie osoby relacjonującej, a nie chodzącej, zanudzę się kiedy przyjdzie intensywny sezon pokazowy i będę musiała wystawać pod wybiegiem wpatrując się w coś na klimat słabego kotleta… Dlatego kibicuję kreatywności projektantów i choreografów!
Back to the basics…
Zastanawiam się ile dotychczas powstało u mnie wpisów, w których wylewałam swoje gorzkie żale na polskie PKP – pewnie nieco ponad milion. Natomiast dzisiaj będzie zupełnie odmiennie i to wcale nie dlatego, że polskie koleje zrobiły coś więcej niż zazwyczaj. Zdecydowanie nie – siedzę w przepełnionym, mocno dusznym przedziale, w którym śmierdzi starszym panem i od dłuższego czasu stoję w polu. Oczywiście nie ma tu internetu, natomiast od czego jest poczciwy Word, z którego później wystarczy wykonać ,,kopiuj – wklej”, kiedy złapię kreskę zasięgu.
Upajam się tym położeniem, które idealnie przywraca mi nie tak dawne czasy, gdzie miałam sporo weekendów do zagospodarowania, żeby regularnie odwiedzać rodzinne gniazdko i kurwować na PKP przynajmniej 4 razy w miesiącu. Teraz to ugrzęźnięcie w polu, w ciasnym powozie bardzo mi odpowiada bo nie pamiętam kiedy ostatnio mogłam sobie na to pozwolić. Jest duża szansa, że w końcu przez najbliższe godziny, a następnie trzy dni z rzędu nie zobaczę żadnego celebryty, nie dotknę mikrofonu, nie założę szpilek, ani nawet przez sekundę nie pomyślę o tym gdzie wyjdzie ładny kadr. Chociaż punkt z brakiem celebrytów chyba cieszy mnie najbardziej. Swoją drogą zdradzę, że w świecie polujących dziennikarzy nazywa się ich nie gwiazdami, nie artystami, nie celebrytami, a średnio prestiżowo ,,mordami” – mało estetyczny wyraz, którego nie stosuję bo jakoś w mych ustach brzmi nie-mojo.
Marzę żeby klapnąć na swoim, kieleckim łóżku, później zabrać starego, wielkiego psa na spacer i leniwie czekać aż mama ugotuje smakołyki, szczęśliwie niczym nieprzypominające imprezowego cateringu.
Reasumując aktualnie potrzebuję czystej normalności tak bardzo jak tlenu, wody i dobrego jedzenia. Wielki świat jest fajny, ale tylko wtedy jeżeli można z niego uciec bo kiedy jest obowiązkowy męczy, głównie psychicznie. Dlatego w ramach mojej wielkiej weekendowej ucieczki ogłaszam, że nie planuję wyskoczyć z ogromnego t-shirt’u i spodni typu ,,boyfriend” – planuję wersję niechlujną, nieseksowną, nietelewizyjną, mówiącą niewyraźnie do otaczających mnie ludzi. o! taki rodzaj hedonizmu zaplanowałam na najbliższe dni. Niech mi łóżko miękkim będzie.
Ale to wszystko za jakiś czas, jeżeli pociąg kiedyś ruszy :)
Broszki, broszki…
Fanfary, konfetti bo przedstawiam rozwiązanie konkursu Felt Label. Wszystkim dziękuję za wytężenie swoich kreatywnych komórek, zostają nagrodzone następujące postaci i ich twory:
Nagrody otrzymują:
- Lavendsummer broszka w kształcie JEDNOROŻCA (idealna do przekazania bez słów swojego mało poważnego podejeścia do świata :P)
- Cukier broszka - szminka (z utęsknieniem czekam aż ktoś stworzy takie cudeńko, a jak nie stworzy to kupię szminkę i sama ją do siebie przymocuję :P)
Wybór nie był łatwy bo pomysłów mieliście całą czapę. Mam nadzieję, że zgadzacie się z moim wyborem i nie zorganizujecie palenia kukły z moją podobizną.
Nagrody powędrują do zwycięzców jak tylko otrzymam ich adresy - odzywajcie się szanowni triumfatorzy!
Pan i Pies, Pies i Pan…
Szał zawładnąłby moim życiem gdyby każda zima wyglądała jak ta, tegoroczna. Naturalnie jestem zachwycona głównie dlatego, że w tym roku doświadczyłam tej morderczej pory roku tylko przez 2 króciutkie miesiące. Jeszcze nie zdążyłam popaść w stan zimowo-jesiennej hibernacji, a już wiosna strzaskała mnie po łapach - uwielbiam! Co oczywiście nie znaczy, że ominął mnie okres powitań w formie ,,nie wierzę, ale piździ” zamiast ,,dzień dobry” - doświadczyłam i to paskudnie intensywnie.
Nie wiem jak to działa, ale zwykłe słońce, zwykły kawałek niezachmurzonego nieba i całkiem zwykły wiatr tylko nieco cieplejszy niż wczoraj, potrafią zmienić nastrój na totalnie euforyczny. Przynajmniej ja jestem tego typu ,,bodźco-podatną” istotną.
Chcąc wykorzystać szał pogodowy porwałam mojego psa na pierwszy, dłuższy, dalszy spacer w nieznane dla niego tereny, zapachy, przestrzenie - z nadzieją, że wybiega się za pół życia. Niestety okazało się że wystarczą dwa promyki, a cała Warszawa rzuca się się na tereny zielone, wyjątkowo i całkiem niecodziennie porzucając na ich rzecz galerie handlowe :P Rajskie parki i polanki zostały zalane stadami dzieci, które z chęcią ukręciłyby główkę, albo nóżkę mojemu psu. Dlatego nie można było tego nazwać spacerem życia i szałem wolności, ale było całkiem, całkiem - wiosna uratowała temat. Mimo wszystko pies i tak miał wiele pozytywnych emocji bo przypomnijmy, że przez jakiś czas nie oglądał niczego innego jak szarego, śmierdzącego, schroniskowego pomieszczenia.
Retro uwielbia jeździć samochodem, chyba jest to dla niego taki ,,psi telewizor”, w którym może oglądać śmigającą rzeczywistość. Jest zawsze bardzo rozemocjonowany i pilnie rejestruje elementy otoczenia. Zdecydowanie bardziej interesuje go miejski pęd niż podmiejskie krajobrazy, dlatego od razu widać, że toż to pies dla mnie - więzień wielkiego miasta :P Podsumowując można stwierdzić, że Retro czerpie z życia całymi łapami, a ja razem z nim.
A tak w ogóle czy znacie w Warszawie jakieś miejsca typowo przyjazne psom ?? Gdzie można przyjść z azorem i nikt nie będzie straszył policją ? :P Chodzi zarówno o jakiś sensowny kawałek wybiegu, jak i o miejsca, gdzie można zasiąść szanowną pupą i napić się piwka z nutką miodową, bądź kawy z pianką :)
PS konkurs wciąż trwa, wciąż kwitnie, aż do piątku !
Felt Label… KONKURS
Panie i Panowie - zgodnie z daną obietnicą przytaszczyłam specjalnie dla Was Konkurs, w którym do wygrania cuda, cudeńka.
Cała historia zaczęła się w ten sposób, że zachciało mi się BROSZKI. Jednak biorąc pod uwagę, że nie jestem typem ,,romantycznym”, który wpina kwiaty w klapy marynarki, ciężko było mi znaleźć coś w moim stylu. Aż w końcu na jednej ze stron z tworami młodych artystów znalazłam broszkę IDEALNĄ. Były to czarne oprawki od okularów, które zamówiłam w tej samej chwili, w której je zobaczyłam. Oglądając pozostałe modele broszek oszalałam i zwariowałam - nożyczki, pistolety, parasole, wąsy, pudel (!) i wszystko inne co tylko może wpaść do kreatywnej głowy. Tak zaczęła się wielka miłość do produktów marki FELT LABEL. Uczucie, które zaowocowało czym??? Tym, że dobra dusza projektantki zechciała udostępnić swoje twory na konkurs dla Was.
*
*
*
*
I tak do wygrania:
2 zestawy, każdy zawierający:
- broszkę o kuriozalnym kształcie
- przeźroczysty wisiorek (o kształcie równie dziwnym jak powyżej)
- Podkładki pod szklanki/kubki z filcu wykonane.
A jak się dobrze spiszecie, to może będą dodatkowe broszki do rozdania :)
*
*
Co zrobić, żeby wygrać ?? Wystarczy inspirując się tworami Felt Label zaproponować (słownie) najbardziej abstrakcyjnie-dziwny kształt broszki, który Waszym zdaniem warto byłoby trzasnąć sobie jako dodatek do stroju - rozejrzyjcie się po pomieszczeniu, w którym się znajdujecie, z pewnością coś się znajdzie :P. Można także zaproponować kolor, żeby dopełnić wizję :) Nie bójcie się szaleć z wyobraźnią - jedyne co może nie zadziałać to jej BRAK. Na odpowiedzi czekam w komentarzach pod tym wpisem do kolejnego piątku ! Oczywiście apeluję, żeby dać szansę wszystkim - czyli jedna osoba - max dwie propozycje :)
Inspiracji szukajcie na www.feltlabel,pl (po prawej stronie są linki, pod którymi można znaleźć więcej produktów Felt Label bo strona domowa jest w lekkiej przebudowie) :D
UWAGA ! Do wzięcia udziału w konkursie namawiam również Panów - mimo tego, że ,,broszka” brzmi kobieco, te zdecydowanie są w typie unisex (z resztą zdarzyło się już tak, że pewien Pan pożyczył ode mnie nożyczki :P).
A tak podczas nagrania prezentował się mój pierwszy nabytek. Teraz wciąż i namiętnie dodaję do swoich telewizyjnych stylizacji to nożyczki, to rewolwer i masę innych!
START !
Green Carpet Factory…
W telewizjach bywa tak, a raczej tak JEST, że zawsze wszystko pokazane jest w sposób idealny. Przykładem są relacje z ,,celebryckich” imprez, gdzie całość wygląda jak jakieś bajkowe wydarzenie, za uczestnictwo w którym niejeden śmiertelnik dałby odkroić sobie dowolną kończynę. Tymczasem moja praca otworzyła mi oczy na to, że tego typu przedsięwzięcia nie są najlepszą na świecie rozrywką, niezapomnianą imprezą, czy przeżyciem zapisującym się w pamięci na zawsze i chwilę dłużej. Dla gwiazd jest to ewidentnie praca. Czyli ładnie wyglądać, stanąć na dywanie - na tle ścianki sponsorskiej, przetrwać flesze i krzyki fotografów, udzielić kilku wywiadów i wrócić do domu. Przekładając na język ludzki: przychodzą tam do pracy, tymczasem przeciętny człowiek postrzega to jako raj na ziemi.
Ostatnio robiłam relację z Viva Comet, polując na celebrytów na przewrotnie przebarwionym - zielonym dywanie. To co działo się w okolicy owego dywanu było idealnym dowodem na to, że tego typu imprezy to jedna wielka fabryka, stworzona żeby wyprodukować materiał dla mediów, a nie żeby gwiazdy bawiły się świetnie jak nigdy dotąd. Ilość fotoreporterów i stacji telewizyjnych przeszła wszystko… dziennikarzy było tak wielu, że żeby zrobić sensowny wywiad musieliśmy wymieniać się ,,pozycjami” - jedni stoją, drudzy kucają żeby nie wchodzić w kadr :D I nie miało to żadnego znaczenia czy dziennikarz pochodził z TVN’u , Telewizji Polskiej, czy nowo powstałego portalu - wszyscy na równi, solidarnie przybierali pozycje totalnie śmieszne, żeby pomóc innym w zrobieniu materiału. I wcale nie narzekam tutaj na organizację - ta była bardzo dobra i gdyby nie to, pewnie wszyscy byśmy leżeli, bądź bili się żeby nakręcić COKOLWIEK. Tymczasem oprócz ,,gimnastyki” zrobienie materiału było tam bułeczką z masełkiem, ponieważ panie od PR przyprowadzały gwiazdy do dziennikarza, który wykazywał zainteresowanie rozmową z konkretną osobą (co wyeliminowało ,,polowanie” na celebrytów, które czasem bywa męczące). Po prostu zainteresowanie całym wydarzeniem było tak gigantyczne, że nie było szans na całkiem idealne rozwiązanie.
I teraz pada pytanie - czy faktycznie gwiazdy będące pod obstrzałem takiej dzikiej ilości, napalonych mediów przychodzą tam po to żeby zrelaksować się i poczuć, że żyją ??? Wątpię żebym potrafiła czerpać realną przyjemność z imprezy, podczas której ilość mediów gwarantuje bycie obserwowanym przez 100% czasu. Wierzę, że tylko prawdziwy fetyszysta swojej sławy jest w stanie uznać coś takiego za wieczór życia…
Ogólne przesłanie jest takie - jeżeli macie czasem myśl, że ,,ci to mają życie” pragnę Was pocieszyć, że podejrzewam, że porażająca większość z Was prawdopodobnie wykonuje sporo ciekawszą pracę niż celebryci i dużo częściej uczestniczycie w PRAWDZIWYCH imprezach, które wspomina się latami, mimo że organizowane są w domu, przy ognisku, czy w barze na osiedlu :)
Actuel…
Znowu wpadłam w WIR. Wir pracy, projektów i synchronizowania tego wszystkiego z psim nabytkiem. Dlatego wiem, że tradycyjnie wybaczycie mi mój chwilowy brak wylewności. Natomiast w ramach rekompensaty powiem, że już bardzo bardzo niebawem konkurs, a w nim do wygrania dodatki pochodzące od jednej z dobroczynnych dusz, która udostępniła mi je żeby upiększyć mnie przed kamerą.
A ostatnio pracowałam tak. Wersja na kujonicę jest do zaakceptowania, czy sugerujecie żebym schowała okulary na użytek prywatny ?? Ja czuję się DOBRZE, ale obiektywizm patrząc w lustro to coś wyjątkowo ciężkiego :P
Pudelek TV - premiera ramówki telewizji Polsat
Fajny pies, ale bezdomny…
Wyjęcie psa ze schroniska było dla mnie przedsięwzięciem wyjątkowo zagadkowym. Oprócz przeczytania kilku artykułów i rozmów z osobami, które ogarniają temat wychowywania takich psów, nie wiedziałam zbyt wiele. Co prawda zawsze miałam psy w domu, ale nigdy nie musiałam ich wychowywać, uczyć, karać, czy nagradzać - wszystko leżało po stronie starszyzny. Dlatego bardzo mocno zastanawiałam się czy dam radę okiełznać psa ,,z przeszłością”.
Okazało się, że sprawa nie jest aż taka trudna. Logiczne, że każdy pies ma swoje wady i zalety. Jeden nie będzie umiał chodzić na smyczy, ale za to nie będzie wył i gryzł butów podczas naszej nieobecności. Inny zorganizuje sobie z domu toaletę, ale za to jest łagodny do psów i ludzi. Mieszanka cech może być wybuchowa :) Jednak jak się okazuje, pies, nawet taki z nieprzyjemną przeszłością, jest BARDZO kumaty i szybko się uczy. Nie wiem czy wynika to z wdzięczności za uratowany los, czy z wrodzonej inteligencji akurat mojego psiego egzemplarza - ale wychowywanie idzie szybko i sprawnie :)
Kilka podstawowych zasad, które poleciłabym osobom, które chcą wziąć psa ze schroniska. Nie jestem specjalistą, ale jako świeży praktyk stwierdzam, że faktycznie działają :
1. Od początku pokazywać kto w domu jest panem - wchodzić do domu/przez drzwi/bramki w pierwszej kolejności, nie wpuszczać na łóżko - wskazać mu jego miejsce, nie pozwalać na szarpanie na spacerze, nie dawać jedzenia ze swojego talerza, itp. Dominacja jest kluczem do całego wychowywania - nie masz autorytetu = nie wychowasz psa. Trzeba jednak pamiętać, że dominacja to nie strach !!! Psa nie można bić, ani na niego krzyczeć - nie wiadomo jaką miał przeszłość, jeżeli był bity może przypomnieć mu się jego koszmar i zamknie się w sobie na dobre.
2. Ustalić kilka prostych wyrazów-komend, które z czasem zrozumie. Na przykład NIE albo FE mówione stanowczym głosem, ale nie krzykiem. Długie zdania jak ,,nie wolno tam wchodzić” nie działają bo nie są rozumiane, komunikat musi być krótki i stanowczy :)
3. Kiedy zrobi coś złego użyć stanowczym głosem ustalone hasło - na przykład NIE i patrzeć w oczy aż on pierwszy spuści wzrok. Jeżeli występek jest poważny - można też przez jakiś czas nie zwracać na niego uwagi - bez głaskania i czułych słówek. Istotna jest konsekwencja - jeżeli raz reagujecie, a innym razem już nie, pies staje się skołowany, dlatego wciąż powtarza swój ,,grzech”.
4. Jeżeli załatwia potrzeby w domu, za każdym razem kiedy to zrobi użyć ustalonego hasła zakazu i szybko wyjść z nim na spacer. Jeżeli odwleczemy reakcję i będziemy próbować wytłumaczyć mu to kiedy ,,zbrodnia” została dokonana kilka minut czy godzin wcześniej, nie zrozumie lub zacznie agresywnie reagować czując, że jest atakowany bez przyczyny.
5. Czasami psy źle znoszą samotne zostawanie w domu. Dlatego należy postarać się o zabawki, które zajmują na dłuższy czas - na przykład takie, z których trzeba wydobyć smakołyk - potrafią przykuć uwagę psa na kilka godzin. Można także zostawiać włączone radio. Pierwszy opuszczenie psa powinno trwać około pół godziny, kolejne godzinę, następne 2-3, a później już normalnie. Wtedy bez długiego stresu szybko zrozumie, że zawsze wracamy.
6. Poświęcać czas i uwagę !!!!!!!!! Kiedy już wrócicie z pracy do domu zamiast biernie oglądać telewizję, pobawmy się z psem, czeszmy - okazujmy uwagę.
Psy to bardzo mądre zwierzaki, które uwielbiają hierarchię i zasady. Bardzo szybko się ich uczą i z chęcią przystosowują się do pewnego schematu. Dlatego wychowywanie nawet dla laika takiego jak ja, nie jest sprawą niewykonalną . Jeżeli analizujecie milion powodów, dla których adopcja psa jest według Was niewskazana: ,,ale ja chodzę do pracy i nie ma mnie 8 godzin w domu”, czy ,,mieszkam w kawalerce, psu będzie ciasno” to zapomnijcie o tych argumentach !!!! Pracuję bardzo dużo i mieszkam w kawalerce - a pies jest bardzo szczęśliwy, na pewno szczęśliwszy niż w schroniskowej klatce, z której nie wychodzi tygodniami, robi pod siebie i nie dostaje żadnych uczuć. Pies ze schroniska będzie wdzięczny za kawałek czystej podłogi, miłość i pełną miskę - wcale nie potrzebuje domu z ogrodem, jak lubią twierdzić ludzie, którzy używają brak ,,wybiegu” za poważny argument za pozostawieniem psa w piekle.
Jeżeli kiedyś zastanawialiście się nad psem - koniecznie weźcie psa ze schroniska !!! Jest to WYZWANIE, ale niekoniecznie tak ogromne jak może się wydawać - a satysfakcja duża większa, niż wychowywanie czyściutkiego puszka wziętego za ciężkie pieniądze z hodowli. Dla porównania powiem, że w domu zawsze miałam psy rasowe, rodowodowe wychowywane od berbecia i śmiem twierdzić, że mimo że są naszymi ukochanymi pupilami, to są mniej kumate i dużo mniej wdzięczne niż mój schronowy znajdka :)
Jeżeli chcecie szczeniaka - jest ich tam mnóstwo, ale ja nalegam żeby zabierać psy ,,wiekowe”. Szczeniak znajdzie dom, natomiast dorosły pies ma 90% szans, że zestarzeje się i umrze w schronisku… Dla psów, które znają inne życie to DRAMAT. Poza tym szczeniak to szczeniak - będzie dokazywał dobre kilka miesięcy - dorosły, mądry pies zrozumie zasady w kilka tygodni, a może nawet dni.
RETRO jest przeszczęśliwy. Uwielbia polowanie na smakołyki - umieszczam je w plastikowym, dużym kubku żeby musiał powalczyć z ich wyciągnięciem. Gardzi ,,dziecinnymi” zabawkami jak na przykład pluszakami, dlatego na bieżąco główkuję co mogłoby go zainteresować bo kość wzbudza w nim drapieżne instynkty (propozycje?). No i uwielbia jeść - wiadomo :) Jednak jego arystokratyczne, schroniskowe podniebienie nie przyjmuje suchej karmy - muszę mieszać ją z aromatycznymi psimi galaretkami. Jest wyjątkowo ciekawskim psem, którego interesuje każdy mój krok, zajęcie, czy zmiana położenia. No i daje CHOLERNIE dużo radości :)
Na zdjęciach mój kawaler, z którym wciąż konsekwentnie pracujemy nad harmonijnym, wspólnym życiem!
RETRO…
Wydarzyło mi się dłuższe milczenie… Ale jestem pewna, że wybaczycie, kiedy tylko poznacie powód tego chwilowego internetowego odcięcia.
Otóż winny zamieszania i pożarcia mojego całego czasu wolnego jest ten oto kawaler. Jego imię, na które jeszcze nie reaguje to RETRO. Jest to mój nowy, ale już nie taki młody, schroniskowy stworek.
Od dłuższego czasu wiedziałam, że muszę uratować jakieś istnienie z tego piekła i intensywnie do tego dążyłam. A, że jak się dąży, to w końcu cel zostanie osiągnięty - wynikiem jest ON.
Wizyta w schronisku to ni mniej ni więcej paskudna sprawa, którą uważam, że należy zaliczyć żeby trochę zrozumieć. Weszłam tam i przez 20 minut wyłam panicznym płaczem… Ale to zmotywowało mnie żeby pomóc więcej niż tylko jednemu psu. Dlatego wrócę tam jeszcze żeby wyciągnąć kilka stworzeń, ale już nie dla siebie, a dla ludzkości :)
Natomiast jeżeli chodzi o mojego RETRO - ujął mnie swoim milczeniem i mądrym wzrokiem, kiedy pozostałe psy szczekały i wariowały widząc człowieka. Okazało się, że spełnia wszystkie wymagania - moje i warunków mieszkaniowych. Czyli jest mały (4,5 kg), ale nie jest rozwrzeszczanym szczeniakiem (ok 5-6 lat). A ILE RADOŚCI - na szczęście sporo więcej niż problemów, które oczywiście są - ale nie byłoby radości, gdyby nie wyzwania po drodze.
Więcej o nim, jego losach i charakterku - niebawem, ale teraz muszę biec na poranny spacer :D
RATUJCIE ZWIERZAKI ZE SCHRONISKA - SĄ WDZIĘCZNE, SZYBKO SIĘ UCZĄ I NIGDY NIE ZAPOMNĄ, ŻE WYRWALIŚCIE JE Z PIEKŁA !!!
Kino kraju, kino świata…
Idzie luty, podkuj buty. No mądre przysłowie, mądre. Ja zdecydowanie powinnam ,,podkuć” całą gamę obuwia wyjściowego bo aktualnie ma spore wzięcie. Nieustannie hasam to tu to tam, a w temperaturze -20 lakierki cienko grają.
Na przykład wczoraj powiało mnie na premierę głośnego filmu ,,Sponsoring”. Jest to produkcja polskiej reżyserki z kilkoma polskimi aktorami, ale żeby było pieprzniej - na francuskiej ziemi z francuskimi gwiazdami. Mix bardzo ciekawy, do tego idealnie trafiający w moje znane i bardzo przewałkowane już francuskie gusta.
Film nawiązuje do problemu prostytucji na paryskich uniwersytetach, jednak uważam, że tytuł Sponsoring (po francusku brzmi ,,Elles” - One) nie bardzo tutaj pasuje. Moim zdaniem zjawisko sponsoringu polega na tym, że dziewczyna, która jest utrzymanką konkretnego, jednego mężczyzny - bywa z nim tu i tam, spędza czas to na zakupach, to w łóżku, to na końcu świata z drinkiem z palemką. Natomiast w filmie było przedstawione zjawisko typowej dziewczyny na telefon. Czyli PAN 1: zlecenie - wykonanie - pieniążki, PAN 2 : zlecenie - wykonanie - pieniążki i tak dalej. Brak typowego utrzymywania na dłuższą metę. Ale taki już urok naszych filmów, że z tytułami zawsze jest ,,specyficznie” :)
Ale jeżeli chodzi o samą produkcję… polecam, bardzo polecam, ogromnie polecam! Rewelacyjna rola Juliette Binoche i młodej francuskiej aktorki, którą widziałam na ekranie po raz pierwszy. Film bardzo otwiera oczy i to paradoksalnie nie jedynie i nie głównie na temat prostytucji, a przede wszystkim na związki. Pokazuje ich słabe punkty, mechanikę i lawinę zdarzeń i zachowań, z których dopiero potem zgniłym owocem jest zaspokajanie potrzeb w płatny sposób. Nie rozwodząc się zbyt długo bo od tego są specjaliści, napiszę jedynie ZOBACZCIE KONIECZNIE.
Natomiast jeżeli chodzi o samą premierę to przyznam, że było to jakieś dzikie szaleństwo. Takiej ilości fleszy nie widziałam nigdy i podejrzewam, że szybko nie zobaczę, mimo że teraz obcuję z takimi imprezami nie rzadko. Szał był niesamowity - biegające sławy, za nimi lecące ekipy filmowe, dalej pędem fotoreporterzy, a dookoła stado podekscytowanych gapiów. Tłok, krzyki, a może nawet wrzaski fotografów pod ścianką sponsorską… Pojawiła się cała chmara celebrytów i prawdziwych gwiazd, czy jak kto woli wielkich artystów polskiego kina. Wpadł nawet ambasador Francji. SZALEŃSTWO.
Ciężko stwierdzić co jest wytrychem do tak wielkiego sukcesu medialnego jeszcze przed premierą, kiedy 99% dziennikarzy jak i zwykłych konsumentów filmu nie widziało. Ale śmiem twierdzić, że powodem jest mieszanka rewelacyjnej polskiej reżyserki z rewelacyjną francuską gwiazdą. Mix patriotyczno-międzynarodowy czyli to co Polacy kochają najbardziej.
Relację z tego wydarzenia z moim udziałem możecie podejrzeć na stronie oczywistej - śledźcie, grzebcie, oglądajcie :)
A jeżeli chodzi o moją starą, dobrą, skromną stronę to już niebawem zaproponuję Wam kolejny konkurs. Niestety głównie dla Pań, do tego Pań, które kochają ciekawe dodatki do swej garderoby… o tym niebawem. Zostańcie Państwo z nami jak powiedziałby Hubert Urbański. Ahoj





