W wyrze śniadanie…
Kawa i śniadanie w łóżku to piękna historia. Hasło ,,śniadanie do łóżka” z jakaś dziwną mocą pojawia się przez lata w filmach, opowieściach znajomych, czy magazynach, zawsze w formie jakiegoś wielkiego sacrum i wyjątkowo sensualnej przygody. Chociaż wiele zjawisk bywa przereklamowanych, tak właśnie to jedno dodam do szczytu uciech w mojej piramidzie przyjemności.
Po pierwsze jeżeli mogę pozwolić sobie na taki relaks, oznacza to, że nigdzie się nie spieszę. A chociaż szybki tryb życia uwielbiam, tak pośpiechu nienawidzę. Podpunkt drugi jest taki, że z pewnością nie wstałam wraz z pierwszym kogutem. Jeżeli faktycznie wiem, że czeka mnie bardzo wczesna pobudka nastawiam budzik na ,,ostatnią chwilę” więc z pewnością nie ma czasu na kanapki w pozycji horyzontalnej. A po trzecie, chociaż nie wiem czy ostatnie (bo zalet jest wiele), najzwyczajniej w świecie jest to wybitne przeżycie, które pozytywnie nastawia na cały dzień.
Oczywiście tego typu ,,wydarzenie” cieszy dużo mniej, jeżeli można pozwolić sobie na to każdego dnia. Wówczas jest to codzienność - może nie szara, ale jednak codzienność. Skrajności nie są mile widziane - pamiętam okres, w którym pracowałam w systemie 9-17 i NIGDY nie pozwalałam sobie na taką przyjemność (tylko podczas weekendu). O jakże smutno było każdego dnia odkładać tę rozrywkę na kiedyś w przyszłości - z własnej winy bo przy odpowiedniej organizacji też by się dało.
Dlatego teraz delektuję się tym, że pracuję w swoim sympatycznym systemie, w którym jednego dnia pracuję od rana do nocy, drugiego tylko wieczorową porą, trzeciego około południa, a czwartego wcale. Po pierwszym szale, w którym byłam totalnie zagubiona w tym dziwnym trybie, teraz czuję się odnaleziona i przystosowana. O jakże mi dobrze ! Zobaczymy jak długo :)
Wracając do śniadania - pierwszy najważniejszy posiłek, a ja zamiast jeść mądrze i w sposób przemyślany, jem to na co mam ochotę. Nie ma systemu, nie ma dietetycznych zasad, jest za to KAWA. Nie jest zbyt zdrowo, nie jest mądrze. Dlatego oczekuję od szanownych czytelników poleceń na szybkie, pyszne, ale optymalnie zdrowe śniadania!
A tak przy okazji skoro o pierwszym posiłku mowa to spójrzcie sobie na mój nowy format w stylu ,,telewizji śniadaniowej”. Wywiad z Mariną - bardzo wyluzowaną, sympatyczną i bez wątpienia urodziwą personą :) Smacznego
*
*
*
*
Dziecięcy prawy sierpowy…
Kiedy orientujemy się, że jesteśmy już ,,duzi” ?? Kiedy zauważamy, że mało stresujący, lekki i MŁODY okres życia powoli zaczyna zamieniać się w bardziej odpowiedzialny, a przede wszystkim DOROSŁY? Czy jest to moment skończenia studiów, wynajęcia pierwszego mieszkania, a może wzięcia kredytu na pierwszy samochód ?? U mnie takie ,,błyski dorosłości” pojawiają się raz na jakiś czas, jednak jakoś szczególnie mnie nie przytłaczają - zgodnie z optymistyczną zasadą, że każdy etap niesie za sobą coś ciekawego, niepowtarzalnego, wartego przeżycia.
Jednak coś co po świadomości skacze ostro i dobitnie w końcu mnie dopadło. Taki mocny, choć wcale NIE nieprzyjemny policzek, który uświadomił mi, że dorastam ja i świat wokół mnie, zdarzył się w przeciągu ostatniego tygodnia. Takim momentem stało się dla mnie uświadomienie, że w otoczeniu bardzo bliskich przyjaciół, z którymi żyję właściwie od zawsze pojawia się pierwszy POTOMEK. Zawsze zdarzało się to gdzieś dalej, poza mną, słyszałam, ale mało przyswajałam bo mnie nie dotyczyło. ALE TERAZ? Nagle dotarło do mnie, że sposób naszego wspólnego, niezmiennego od lat funkcjonowania zmieni się diametralnie i ostatecznie.
Na przykład kilka dni temu po raz pierwszy w życiu wybrałam się na zakupy ,,dla dziecka”, zamiast kupować na prezent bieliznę, bluzkę, czy nawet wibrator jak zdarzało się kiedyś :P Było to dla mnie wydarzeniem wręcz uderzającym. Te wszystkie małe sweterki, śpioszki, t-shirty z bystrymi nadrukami, spódniczki baleriny i mikroskopijne buciki ukradły moje zmysły. Piszczałam i chciałam wziąć WSZYSTKO. Jednak oprócz uroków wizualnych, wiele do mnie dotarło. Na przykład to, że właśnie zaczęła się WIELKA FALA. Teraz już tylko zacznie przybywać koleżanek / przyjaciółek, które są zamężne, z gromadką dzieci i ustabilizowanym ,,gospodarstwem domowym”.
Mam wielkie szczęście, że w moim otoczeniu nie ma standardowych ,,matek polek”, których spełnieniem życiowych ambicji jest upolowanie męża i powiększenie liczebności rodziny. Te są najgorsze - po porodzie wszystko odchodzi na bok i można z nimi gadać tylko o kupkach, kaszkach, posypkach i papkach - zwariowałabym. Dlatego z wielką nadzieją wieżę, że chociaż za pośrednictwem nowego berbecia na tej ziemi zmieni się z pewnością WIELE, to będę mogła z ,,moimi” osobami jak za starych dobrych czasów napić się piwa i pogadać o ciuchach (dla kobiet, a nie dziewczynek) czy facetach (a nie chłopach) :P
Jestem już duża… Jednak trochę boli :)
K jak Klej…
Skoro już zasygnalizowałam, że coś o K MAG’u będzie, to moje lenistwo musi przegrać z honorem. Otóż 3 urodziny tego magazynu raczej mnie zaskoczyły. Byłam prawie pewna, że impreza będzie pozbawiona gwiazd z obszaru zainteresowania szanownej telewizji, którą tworzę. Wynikało to z tego, że miałam okazje bycia na jakimś K MAG’owym spędzie, który ani mnie nie zachwycił, ani nie uświetniły go celebryckie twarze - co prywatnie mało mnie interesuje, ale służbowo to już inny kawałek pieczywka. W tym przypadku było zdecydowanie inaczej, co pod kątem dziennikarskim zadowoliło me zmysły.
Natomiast jeżeli chodzi o magazyn sam w sobie… Byłam do niego mocno uprzedzona i wstyd przyznać, ale nie ze względu na treści w nim umieszczane, a na głupotę ludzi, którzy często są jego ,,wyznawcami”. W sporej części są to osoby, które ślepo pójdą za wszystkim co aktualnie jest ,,fajne”, bo absolutnie nie jest ,,modne” - przecież komercja to zło. Tak więc miałam do czynienia ze stadami ludzi, którzy żyli światem tego magazynu, podniecali się każdą imprezą i doznawali niemal seksualnego uniesienia dowiadując się, że naczelny jest w pobliżu. Wszystko byłoby fajnie gdyby nie fakt, że byli to ludzie, którzy tego magazynu pewnie nigdy nie przeczytali, o teatrze wiedzą tyle, że istnieje, o kinie, że jest multikino, a o modzie, że są fajne after-party po pokazach. Czyli bardzo głęboka historia o ludziach, którzy chcą być ,,jacyś”, za pośrednictwem magazynu, który jest świetny do tego, żeby się z nim publicznie utożsamiać. A prywatnie… no niestety jeżeli w ogóle kupują to prawdopodobnie ewentualnie oglądają obrazki.
To wszystko sprawiło, że do świata K MAG’a byłam nastawiona raczej na NIE. Kiedy sięgnęłam po niego po raz pierwszy jakiś czas temu byłam miło zaskoczona, że gazeta, z którą utożsamia się stado pozerów jest realnie DOBRA. Jedną z poważniejszych uwag jakie znalazłam to fakt, że gazeta rozpada się na słońcu bo klej totalnie nie daje rady i odłącza od siebie strony, pozostawiając magazyn w częściach (dowód na zdjęciu) :P To minus bo lubię czytać wylegując się na trawiastych, nasłonecznionych przestrzeniach - jak prawdziwa hedonistka - i fajnie byłoby gdyby moja gazeta towarzysząca przetrwała to ,,ekstremum”. Kawałek czasu później magazyn zrobił kolejny krok w przód i jest faktycznie niezły. Aktualnie przekupiło mnie urodzinowe wydanie, w którym jest sporo francuskich naleciałości, wynikających z tematyki Moulin Rouge - ależ łatwo mnie kupić! Bardzo dobre zdjęcia to przede wszystkim. Do tego fajne recenzje, prace nowych, a nie oklepanych talentów i teksty ze świeżym spojrzeniem. Ogólnie szala zdecydowanie przechyla się na plus.
Jeżeli chodzi o samą imprezę to było bardzo tłocznie i cholernie głośno - na tyle, że do mikrofonu musiałam wydzierać swe aksamitne gardło. Natomiast muszę stwierdzić, że życzę temu projektowi powodzenia bo jest fajnym, innym tworem, który różni się od wszystkiego co leży na polskich półkach. Jeżeli tylko znikną osoby w stylu ,,nie czytam-wyznaję” to będzie klasa.
A tak z ludzkiej ciekawości - co czytacie Wy ??? O książkowych namiętnościach wiem dużo, poproszę słówko o prasie!
Pudelek TV…
Skoro już części z Was udało się dogrzebać do moich nowych wypocin twórczych, to czas otwarcie ogłosić wszem i wobec czym jest nowy projekt, który zeżarł mi ostatnio tyle czasu. Otóż od początku stycznia moim jakże wdzięcznym zajęciem jest bieganie po miejscach, w których dzieje się COŚ, bywa KTOŚ, o których mówi się JAKOŚ. Generalnie śledzenia i relacjonowanie świata showbiznesu, który zasysa uwagę milionów.
Projekt pod wdzięcznym tytułem PUDELEK TV to (wbrew nazwie, która przypomina na myśl plotkę i intrygę) przyjemna produkcja, która pokazuje wydarzenia takimi jakimi są, a także opinie gwiazd prosto z ich sławnych ust. Bez pomówień i dywagacji. A że w obiektywizmie uwielbiam się turlać i tarzać czuję się w tej odsłonie bardzo prawidłowo.
Oczywiście są to początki i format będzie nabierał barw, form i charakteru, ale już wychodzi całkiem przyzwoicie - jeżeli w ogóle jestem w stanie bezstronnie ocenić coś w czym siedzę duszą i ciałem.
Plusem dla Was Szanowna Widownio Czytelnicza jest to, że oprócz samej krótkiej relacji raz na jakiś czas przeczytacie jak to jest naprawdę w formie pełnej blogowej opowieści… Czyli tradycyjnie Barbrowe wywody na temat zjawisk i faktów, które mnie otaczają.
Pierwszą relacją, która realnie inspiruje mnie żeby o niej napisać są castingi do You Can Dance. Do tej pory zrobiłam już sporo odcinków (część jeszcze niepublikowanych) z mniej lub raczej bardziej błyszczących imprez, gdzie rozmawiałam z aktorami, piosenkarzami, fotografami, modelkami i całą resztą celebryckiej świty. Jednak dla osoby z tanecznym duchem przeszłości właśnie to, pozornie bardzo proste wydarzenie było dużo ciekawsze od pozostałych. W przeszłości brałam udział w całej masie programów telewizyjnych przybierając różne dziwne role - od jurorki panów z taśmy, poprzez córkę Szymona Majewskiego po ciężarną sekretarkę Ibisza :P W związku z tym miałam szansę podglądać jak produkcje wyglądają podczas kręcenia i porównać je z efektem końcowym. Niestety realnie zazwyczaj było raczej NUDNO w porywach do STRASZNIE NUDNO. Natomiast na tych castingach moje serce zostało porwane i gdyby nie fakt, że musiałam wracać do rzeczywistości to zostałabym do końca przesłuchania (chociaż i tak po zakończeniu własnego nagrania zostałam jeszcze 3 godziny ,,prywatnie”). Siedząc na widowni na zmianę miałam albo ciary na całym ciele, albo świeczki w oczach, opcjonalnie śmiałam się na całe gardło. Przychodzą tam ludzie z prawdziwymi marzeniami, emocjami i przede wszystkim gigantycznym talentem, który może nauczyć pokory. Szkoda, że docelowy program telewizyjny może trwać tylko niepełną godzinę - moim abstrakcyjnym zdaniem powinni wyświetlać to w formacie 1:1, utworzyć osobny kanał, gdzie castingi pokazywane byłyby w takiej długości, w jakiej realnie trwały. Jeżeli kiedyś będziecie mieli szansę zasiąść na widowni - próbujcie bo warto.
Natomiast jeżeli chodzi o pozostałe odcinki to polecam śledzić stronę Pudelek TV, na której na bieżąco będą pojawiały się nowe relacje, wywiady, wydarzenia z udziałem mojej skromnej osoby. Jednym z nich jest relacja z urodzin magazynu K MAG, na której pogadałam o tym i o tamtym z kilkoma mocniej znanymi mordkami, ale o tym może słowo w kolejnym wpisie.
Teraz tak wygląda moja codzienność - nie narzekam. Tak sobie wewnątrz nieśmiało główkuję, że powrót z Francji nieco szybciej, specjalnie dla tego projektu był dobrym wyborem, a może nawet lepszym :)
Samica pracująca…
Oooo ludzie. Jakby ktoś mi wspomniał, że powrót do rzeczywistości zajmuje TYLE czasu, nierozłącznego z doskonałą organizacją to powiedziałabym: ,,ja poleżę”. Minęło już trochę od mojego powrotu, a ja nawet nie spotkałam 1/4 osób, z którymi zobaczyć się powinnam. Dodajmy do tego spis codziennych obowiązków i czynności pod roboczym tytułem ,,what to do list” i jestem w dupie. Niezbędny mi przepis na ogarnięcie siebie i czasoprzestrzeni - robię listy zadań ale trochę nie działają. Całe szczęście, że jeszcze nie muszę uczęszczać na szanowny uniwersytet bo stan rzeczy byłby wówczas nieakceptowalny
Większość zamieszania wynika z prostej kwestii: bez najmniejszego oddechu zostałam rzucona (lub raczej sama się rzuciłam) w wir pracy, która łaskawie czekała na mój powrót. Detale chwilowo pominę, wspominając jedynie, że jest to nowy projekt, w którym szczerzę swe zęby jednocześnie strzępiąc język. Ale jak to bywa z raczkującymi projektami - potrzebują bardzo opiekuńczych, pełnoetatowych rodziców - ja stałam się matką tego bachora. W związku z tym zamiast jedynie na chwilkę stawać przed kamerą jak bozia przykazała, wykonuję cały szereg innych czynności, które przy dorosłych projektach robią za prezentera inne osoby, aby lenia odciążyć. Zaczynając od zupełnie wytłumaczalnego zapoznawania się z opisywanym tematem, redagowania tego co mówię, o co pytam rozmówcą itd, poprzez dobieranie swoich koniecznie niebanalnych stylizacji (co przy częstych odcinkach jest czasochłonne i nawet męczące), aż po nakładanie specyfików na swe lico by wyglądać przyzwoicie w oku kamery. Dodatkowo dochodzi ciągłe bycie pod telefonem, analiza tego co można jeszcze, jak trzeba, czy warto itd itp… Potem trzeba jeszcze podwieźć swój tyłek na miejsce nagrań - dyskretnie zmieniając pod kierownicą obuwie do pedałów na but wyjściowy. Czyli ogólnie cały szereg zabiegów, który chociaż brzmi łatwo i przyjemnie to pełno-etatowo może drażnić jeżeli nie obierze się solidnego systemu organizacyjnego - nie obrałam (pilnie poszukiwany). Dlatego mam poważne trudności żeby między skarpetę a tapetę wsadzić jeszcze POWAŻNE kilkumiesięczne zaległości towarzyskie.
Jednak co w tym wszystkim jest mocno interesujące - nie czuję się zdemotywowana, czy zmęczona. Jestem u szczytu formy, podekscytowana, chętna do działania, co jasno i klarownie wskazuje mi, że kocham pracować. Źle ze mną, ale muszę przyznać, że ostatnie własnowolnie-bezrobotne miesiące były dla mnie tak bezczynne pod kątem zawodowym, że aż ciężkostrawne… Przestawienie się z trybu pasywnego na podwójnie aktywny jest wyzwaniem! Dlatego teraz z przyjemnością niczym klacz będę ciągnąć swą uroczą dorożkę mimo, że dość ciężka jest franca - ale za to cieszy oko i ducha.
Dlatego wybaczcie małe zaniedbania, jednak jak tylko wszystko ruszy z przewidywaną mocą będziecie mieć dużo więcej do śledzenia niż tylko pismo i foto! Ahoj
Amour brésilienne…
Tak jak sądziłam nie jest możliwe żeby myślami od razu i w całości oderwać się od etapu, który chociaż przeminął bezpowrotnie, to wróci do mnie chociaż na chwilę, w nieco innej formie.
Otóż jak pamiętacie już w pierwszej dobie pobytu, w gorącym wtedy Montpellier udało mi się znaleźć dusze pokrewne, niepowtarzalne, zupełnie inne, ale najbardziej podobne. Czyli ni mniej ni więcej MOI BRAZYLIJCZYCY. Rzadko zdarza się tak, że pierwsze osoby, z którymi ma się kontakt w nowym miejscu / sytuacji / otoczeniu, to te, które zostaną do końca na pozycji numer jednej. W tym przypadku od pierwszego do ostatniego dnia nie zmieniło się NIC. W związku z tą ,,nierozerwalną więzią” (jak powiedziałaby Bruk do Ridża w ,,Modzie na Sukces”) moi Brazylijczycy przybywają w moje skromne progi, żeby liznąć mojego, polskiego, swojskiego świata!!! Oczywiście nie jest to specjalnie wydelegowana wycieczka z Ameryki Południowej, a element ich EuroAfroTrip, na której znajdują się od opuszczenia Montpellier - mają dzieciaki odwagę.
Tak sobie myślę, że przed ich poznaniem wiedziałam o Brazylii tyle, że posiada Karnawał w Rio, jedną z bardziej dynamicznych i obiecujących gospodarek świata, Jezusa na wzgórzu, lasy tropikalne i stolicę o takiej samej nazwie co kraj. To tak z grubsza. Z resztą moja totalna niewiedza pokazała się chociażby na naszym prywatnym ,,Brasilian Republic Day” zorganizowanym podczas pobytu we Francji, kiedy postawiłam na stole pocztówkę z flagą Brazylii DO GÓRY NOGAMI (dowód na zdjęciu). Jednak moi ulubieńcy skutecznie wpoili mi całą masę informacji na temat tego ciekawego kraju.
Ze smaczków pierwszych z brzegu… Stolica czyli Brasilia jest pierwszym miastem zbudowanym nie ze względu na osiedlenie - została sztucznie wykreowana 50 lat temu na potrzeby rządowo-militarne. Wygląda jak miasto rodem z bajki ,,Jetsonowie” - zbudowana jest na planie samolotu, budynki przeczą prawom grawitacji, a ulice wznoszą się wysokimi ślimakami daleko nad poziom gleby. W kraju tym funkcjonuje także SIECIOWY KOŚCIÓŁ (są oczywiście także normalne), który nazywany jest religijnym McDonaldem, ponieważ na każdym zadupiu znajdzie się jego siedziba z zapadającym w pamięć LOGO z sercem i gołębiem - ludzie płacą miesięczny abonament, płacą za modlitwę, za wejście do świątyni itd - czarujące. W lasach tropikalnych i nie tylko wciąż żyją rdzenni Indianie - jako jedyni zwolnieni z podatków. W Rio imprezy odbywają się w ciągu dnia - na plaży, o 22 wszyscy znikają w swoich domach lub domach znajomych bo nie warto wychodzić wtedy na ulicę… Tylko w okresie karnawału w nocy jest wystarczająco bezpiecznie żeby pokazać się poza domem, chyba że jest się przewrażliwionym na punkcie ulicznego, wszechobecnego seksu, który w tym gorącym okresie jest czymś absolutnie normalnym… I przede wszystkim, że w Brazylii mówi się po PORTUGALSKU, a nie po hiszpańsku, w co wierzy duża część świata.
To taki mały elemencik zupełnie zwyczajnych, a jednak do tej pory obcych informacji na temat tego dalekiego jak cholera kraju. To, że polecę tam w najbliższych 2 latach jest absolutnym pewnikiem. Ale póki co skupiam się na organizowaniu pobytu moich nielegalnych imigrantów jak lubię ich nazywać :D
Całkiem zabawne, że dopiero w takich okolicznościach zaczęłam interesować się typowo turystyczną stroną Warszawy… Mieszkając tu te kilka lat jakoś wiecznie nie ma czasu żeby spędzić dzień w Zamku Królewskim czy odwiedzić kościół z sercem Chopina. No cóż, najwyraźniej ,,cudze chwalicie, swego nie znacie” jest bardziej prawdziwe niż myślałam.
Dlatego z lekkim wstydem wracam do organizowania Warszawsko-Krakowsko-Oświęcimskiego pobytu moich egzotycznych przyjaciół, którzy przez kilka miesięcy, z wypiekami na twarzy mówili o podróży do odległej, niemal arktycznej, mało znanej POLSKI.
Wszędzie dobrze…
…ale w domu oczywiście najlepiej. Polska zassała mnie totalnie, dlatego haniebnie i niedopuszczalnie nawet nie złożyłam Wam życzeń świątecznych. Mam nadzieję, że Wasze Wigilie były cudowne bo podobno jaki 24 grudnia taki cały rok - zdaje się, że mój znowu da radę :)
Powrót z francuskiej ziemi wcale nie był tak szokujący i wstrząsający jak się tego spodziewałam. Dość szybko wskoczyłam w buty polskiej Barbary i bez problemu zaczęłam wielbić tutejszą codzienność. Tak sobie myślę, że oprócz ludzi, którzy są absolutnym priorytetem można bez problemu tęsknić za miastem samym w sobie. Dlatego czasami myśli odlatują w kierunku wybrzeża, palm i małych kafejek na Place de la Comedie, ale przecież mój dom jest TUTAJ, nawet jeżeli czasami Polska wydaje się dużo bardziej szara niż wymuskana do ostatniej cegły FRANCJA. Jednak wzdychanie nad moim słodko-słonym, wyjątkowym Montpellier będzie trwało jeszcze dłuuuugo, a może zawsze :)
Wciąż z wielkim oczekiwaniem przebieram nogami żeby w końcu pojawić się w stolicy, która przecież od wielu lat jest głównym miastem mojego środowiska naturalnego. Nie mogę doczekać się jak pójdę do moich ULUBIONYCH miejsc, zjem ULUBIONE rzeczy z karty i przemknę Puszką przez moje ULUBIONE ścieżki Warszawy. A to już jutro.
Swoją drogą faktycznie w dość zastraszającym tempie minęła moja wielka, treściwa wyprawa. Pamiętam jak podekscytowanie-przestraszona stałam na lotnisku z moimi leciutkimi, biednymi 20 kilogramami bagażu rejestrowanego i malutką podręczną walizunią… Sprawa znacząco zmieniła się przy powrocie, kiedy mój bagaż składał się z 4 większych/mniejszych toreb z czego główna ważyła około 40 kg !!! Czułam się jak w ostatnim dniu mojego życia, kiedy musiałam wytaszczyć wszystkie toboły z czwartego piętra, a potem dotargać do punktu docelowego. Przeżycie średnio elitarne. No ALE jak lubi się nabywać w drodze kupna to trzeba liczyć się z zakwasami w rękach i naciągniętymi ścięgnami :P
Gadanie, gadanie rozpamiętywanie, ale wszystko wskazuje, że nadchodzi moment POWROTU DO STOLICY. Jutro Puszka zostanie zapakowana po absolutne brzeżki i wystartuje w kierunku mojego domu numer 2. I tak zacznie się kolejny pozytywnie-mocno-toporny-nowy etap w którym zmieni się dużo, a nawet zdaje się, że więcej. Że też to moje życie ciągle zmienia się o jakąś dziką ilość stopni… :P O tym sporo za jakiś czas.
Ale póki co - idę spać.
Le dernier moment…
Wygląda na to, że nadszedł pół dramatyczny moment, w którym muszę powiedzieć AU REVOIR otaczającej mnie rzeczywistości. Były to wybitne miesiące, które nauczyły mnie wiele, otworzyły umysł na jeszcze więcej, wskazały drogę na przyszłość i podarowały ludzi oraz doświadczenia, których nie zapomnę NIGDY.
Dlatego przyznam, że kiedy usłyszę gdzieś, jakoś, od kogoś, że tego typu wyjazd to sex i imprezy, to jawnie i otwarcie wypowiem zdanie ,,jesteś debilem”. Jeżeli ktoś faktycznie w tego typu kultowej przygodzie życia widzi tylko poziom wypitego alkoholu i ilość zaliczonych samic/samców to jest tępy nawet nie jak but mojej lewej nogi bo ten jest bardziej szczególny.
Leżę i myślę o tym wszystkim co się wydarzyło, wszystkich małych momentach każdego dnia. O tym jak robiliśmy wspólne kolacje, pikniki, czasem tylko herbaciany wieczór, który i tak był wybitny. O tym jak razem podróżowaliśmy, oglądaliśmy filmy, leżeliśmy na trawie z gitarą w tle, kiedy razem zdawaliśmy egzaminy (oczywiście pomagając sobie bez przerwy) i jak wylaliśmy dzikie potoki łez przy pożegnaniu. Mogę wymieniać kolejne kilka godzin…. Myślę o tym, że spotkałam PRZYJACIÓŁ z całego świata, których prawdopodobieństwo spotkania w innych okolicznościach byłoby jak 1 do 7 miliardów… A są to ludzie, którzy zawsze zostaną głęboko w mojej głowie, sercu, duszy.
Dodatkowo edukacja w innym języku, wypływająca z zupełnie innego punktu widzenia niż ten nasz, - polski. Dużo nowej wiedzy, ciekawych spostrzeżeń i MIĘDZYNARODOWY punkt widzenia. Wcześniej myślałam, że myślę globalnie, jestem otwarta i świadoma - gówno prawda, wiedziałam tyle o innych kulturach, co przeczytałam w Newsweeku. Tutaj miałam szansę żyć z tymi ludźmi, poznać ich sposób myślenia, nauczyć się jak funkcjonuje świat globalnym okiem, a nie subiektywnym - narodowym. Bezcenne, do tego beztroskie życie w innej kulturze, z podanym jak na tacy, najlepszym kursem kulturalno-językowym. Czy można wyobrazić sobie bardziej kompletny obraz idealnych kilku miesięcy ???

Z wyczyszczonym sumieniem mogę nazwać to podróżą w samą siebie, bezcenną nauką i doświadczeniem, które w pamięci będę całować po stopach ZAWSZE. Więc jeżeli jeszcze kiedyś usłyszycie matoła opowiadającego, że najlepsze w wymianie zagranicznej to ćpanie, picie i bzykanie - przekażcie ode mnie czyste, niekłamane ,,Ty debilu’ :)
A wiecie kiedy zrozumiałam, że wyjeżdżam ?? Jak zjadłam zupę, po czym wyrzuciłam do śmietnika talerz, łyżkę i garnek ;P Żegnaj cudowne Montpellier… wrócę do Ciebie jeszcze nie raz…
Les petits rêves…
Marzenia małych dziewczynek (chłopców prawdopodobnie również :P) zostają na zawsze, bez najmniejszego związku z tym, że dorastamy i powinnyśmy z pewnych rzeczy ,,wyrosnąć”. Pamiętam jak zaczynałam trenować taniec i rozpoczęłam swoją turniejową przygodę - uwielbiałam temat szycia nowych sukienek i otwierania pudełka z nowymi butami szytymi na miarę. Należy wspomnieć, że były to czasy, kiedy nie było typowych sklepów, do których wystarczyło wejść, wskazać co mi się podoba i zapłacić. Był to skomplikowany proces projektowania, kupowania materiałów, szycia… zazwyczaj robiła to jakaś krawcowa w mało przyjemnej piwnicy (jak to wówczas bywało) lub w opcji, którą uwielbiałam - moja absolutnie wybitnie uzdolniona Mama. Jeżeli chodzi o buty to każda para była szyta na miarę u szewca, a ciężko było znaleźć takiego, który miał pojęcie jak wyglądają buty taneczne :P Mimo, że kochałam proces tworzenia wszystkiego od zera, to zawsze marzył mi się sklepik z wszystkim pięknym, gotowym i pachnącym - jak można było zobaczyć wówczas w zagranicznych filmach :)
Kiedy tydzień temu przechadzałam się ciasnymi, niezwykle klimatycznymi uliczkami Montpellier, które są pełne cudownych małych sklepików o tematyce najbardziej abstrakcyjnej, moim oczom ukazało się MARZENIE. Zwariowałam, oszalałam, ale najpierw stanęłam jak wryta. Najdoskonalszy, najpiękniejszy sklep z bucikami, sukienkami i akcesoriami dla małych i nieco większych tancerek :D Nigdy nie widziałam miejsca, które bardziej wpasowywałoby się w moje dziecięce wyobrażenia, mimo że z biegiem czasu kupienie gotowych butów czy sukienki o najdzikszych wzorach nie było żadnym problemem. Ale TO ukradło moje zmysły, rozłożyło mnie na kawałeczki i skutecznie przywróciło myśli do czasów bycia 7-letnią tancereczką.
Idealnie poukładane pudełeczka z butami, w których można wybierać i przebierać, ubranka do treningów i typowo turniejowe (lub na występy) cudne sukienki, a wszystko w kameralnej, ciepłej atmosferze. Raj!
*
*
Zwracam Waszą uwagę na uroczą sukienkę baleriny znajdującą się w oświetlonej gablocie na drugim zdjęciu… przecudowna ! I gdyby nie była piekielnie droga pewnie kupiłabym ją sobie jako symbol dziecięcych, spełnionych marzeń :D
Za to kocham Montpellier, że można odkrywać je bardzo bardzo długo i nigdy nie wiadomo jaki nowy, niespodziewany klimatyczny zakątek porwie umysł i ciało. Jest tutaj MNÓSTWO maleńkich sklepików o tematyce wszelkiej. Wszystko usytuowane jest w ciasnych uliczkach, którymi usiane jest całe centrum. Jest to zdecydowanie bardziej przyjemne rozwiązanie niż sztampowe butiki w galeriach handlowych, z których w każdym znajduje się to samo, albo bardzo podobne badziewie za wysoką cenę. Tutaj można znaleźć prawdziwe OKAZY - wszystko w sklepach o tematyce najróżniejszej, dziwnej, często niezrozumiałej. Jednym z moich ulubionych jest sklep posiadający w asortymencie jedynie niecodzinne i nietypowe… hamaki.
Ale jednak sklep, w którym odnalazłam swoje wszelkie dziecięce marzenia wygrał i osiągnął status absolutnego TOP. Czy ja kiedykolwiek naprawdę dorosnę… ? Stawiam przy tym pytaniu wielkie, drukowane ,,WĄTPIĘ” :)
Pod kościołem obyczaje lekkie…
Bezczelnie porzuciłam Paryż na kilka dobrych wpisów, dlatego teraz pokornie jak córka marnotrawna wracam do tego miasta rozkoszy.
Po ciężkim, długim dniu złożonym z 3 egzaminów, z czystą przyjemnością wracam do momentów, kiedy jedynym zajęciem było delektowanie się czarem paryskich zakamarków. Jednym z miejsc, które szczególnie ujęło moje zmysły była dzielnica znajdująca się w okolicy metra Anvers, a następnie ciągnąca się wzdłuż Boulevard de Rochechouart przez Place Pigalle, a następnie Boulevard de Clichy. Pierwszym punktem, który uwodzi jest malowniczo usytuowana na wzgórzu Bazylika Sacre Coeur. Oczywiście nie będę wchodziła w szczegóły dotyczące budowli bo te możecie znaleźć w przewodnikach. Dodam jedynie, że robi ona spore wrażenie, w połączeniu z wybitnym widokiem na cały Paryż, bo jest to rewelacyjny punkt ,,obserwacyjny”. A także wypoczynkowy bo idealnie siedzi się na trawiastych przestrzeniach otaczających bazylikę.
*
*
*
Stamtąd prowadzi już prościutka droga do… Moulin Rouge. 10 minut spacerkiem wśród tętniącej życiem nocnym ulicy i dociera się do tego kultowego kabaretu lub jak kto woli dawnego klubu nocnego. Co ciekawe cała ulica usiana jest typowo bezczelnymi i tandetnymi klubami nocnymi rodem z naszych czasów. Mimo ogólnie przaśnego charakteru całość sprawia zabawne i mocno charakterystyczne wrażenie, które doceniłam. W okolicy jest także dużo rewelacyjnych barów i knajp w fajnym klimacie, z dobrą muzyką i przyjemną atmosferą.
A docierając na miejsce oczom ukazuje się kultowy młyn rodem z jeszcze bardziej kultowego filmu. Niestety nie miałam przyjemności uczestniczyć w kabarecie, ale z pewnością przy którejś z kolejnych wizyt (których planuję mnóstwo) podaruję sobie taki artystyczny prezencik. Zwariuję w dniu kiedy to się dokona!
*
*
*
*
Na zdjęciu prezentuję się z moimi siatami wypełnionymi zdobyczami Vintage bo dokładnie w tej dzielnicy znajduje się mój ulubiony paryski lumpeks - przepiękne okazy za 5 euro w dniu dostawy :D
Zdecydowanie ta część Paryża mnie ujęła. Dlaczego ? Bo z jednej strony jest piękna, turystyczna i zapierająca dech w piersiach, a z drugiej brudnawa pod kątem charakteru - uwielbiam takie sprzeczności i polecam wybranie się w tamte rejony (chociażby dlatego że sporo taniej kupi się tam pamiątki niż w ścisłym centrum) :]
Ach ten Paryż… rozkochał mnie w sobie niczym książę na białym rumaku :D
23 stuknęło…
Każdego (prawie każdego :P) nawiedzają czasem momenty, w których dochodzimy do wniosku, że powinniśmy być bardziej skromni. Mnie dopadło to w ostatnich kilku dniach, kiedy usilnie próbuję napisać coś na temat moich tegorocznych obchodów z cyklu: urodziny. Otóż zazwyczaj pisanina wypada mi spod palców bez większego skupienia czy weny twórczej, dlatego nieskromnie uznałam siebie za osobę, która choć w swoim specyficznym stylu, ale jednak trochę potrafi pisać. Moje niesłusznie rozłożone skrzydła zostały podcięte przez rażącą niemoc, w której najzwyczajniej w świecie nie umiem opowiedzieć swoich tegorocznych urodzin na tyle, żeby chociaż w 20% oddać niesamowitość całej sytuacji.
Całość tego jak wszystko się odbyło, jak bardzo było ukrywane, konspiracyjnie obmyślone, zaplanowane i zrealizowane jest przez moje marne umiejętności nie do opisania. A żałuję. Dlatego żeby chociaż trochę wprowadzić Was w klimat tego co się wydarzyło powiem bardzo w skrócie, że w okolicznościach mocno spontanicznych i ukrywanych znalazłam się w swoje urodziny… w Polsce. Następnie zostałam dobrowolnie porwana, ze zawiązanym oczami wsadzona do samochodu i wywieziona według mojego odczucia daleko bo podróż trwała ponad godzinę. Zakończyło się wielkim przyjęciem-niespodzianką zaaranżowanym pod kątem organizacyjnym na poziomie prawdziwie eventowym, daleko zostawiającym w tyle ,,suprise parties” widziane na amerykańskich filmach :P Należy dodać że znaleźli się tam znajomi z najróżniejszych etapów Barbrowego życia, których żadną siłą nie powinno tam być (biorąc okoliczności wcześniej idealnie zaplanowanej przez nich wspólnej wersji, którą mi wcisnęli). Dorzućmy do tego spotkanie z rodzinką po długim czasie nieobecności w domu i mamy URODZINY DOSKONAŁE.
Chciałabym umieć krok po kroku opowiedzieć Wam dlaczego to wszystko było aż tak zaskakujące, ale moje marne umiejętności nie są wystarczające żeby nadać wszystkiemu należytego zabarwienia totalnej nieprzewidywalności i zaskoczenia jakie mnie spotkało. Jedno jest pewne - wszystkim życzę takich przyjaciół, którzy są w stanie włożyć tyle serca, pracy, czasu i funduszu operacyjnego byle tylko mimo wszystko zorganizować coś niezapomnianego… BEZCENNE.
Oczywiście mimo chwilowej nieobecności nie ominęły mnie także obchody tego święta na francuskiej ziemi. Kreatywni znajomi postarali się o kolację w totalnie francuskim klimacie, gdzie nawet kelnerzy wystąpili w tradycyjnych beretach, a trasa na miejsce wiodła przez czerwony dywan :P Należy wspomnieć, że w środowisku moich tubylczych znajomych moje życie zawodowe sprawdza się tylko i wyłącznie do żartu, którego obiektem jestem cały czas - stąd gwiazdorskie naleciałości związane z dywanem. A żart wynika stąd, że kiedy poznali mnie w czysto studenckim świecie z moim typowo dziwnym acz nie parcie-na-szkło charakterem to mimo dowodów wciąż nie bardzo wierzą, że wykonuję zawód medialny :P Tak więc był dywan, była kolacja, następnie polska wódka przywieziona z rdzennej ziemi i sporo więcej.
Dlatego z czyściutkim sumieniem mogę uznać kolejne urodziny za wyjątkowo kultowe - było wszystko i nie zabrakło niczego. Na dzisiaj tyle OHów i AHów nad tym co było i trzeba się skupić nad tym co będzie, czyli: nauki do egzaminów ciąg dalszy…
Bylejakość…
Ło Jezusku. Co pół roku przypomina mi się ten bolesny okres w roku, którym jest uniwersytecka sesja. Tym razem przyszła sporo wcześniej niż zazwyczaj z racji bycia w samym środku zupełnie innego systemu nauczania. I chociaż wydaje mi się, że będzie nieporównywalnie przyjemniej niż na moim szanownym uniwersytecie to klimat tego czasu w roku i tak mnie dopadł - bezczelny cham!
Charakteryzuje się to zazwyczaj tym, że chciałabym zrobić milion rzeczy, ale przeszkadzają w tym naturalne wyrzuty sumienia, że chcę wdrażać coś totalnie innego niż nauka. Wyobraźcie sobie ten dramat przepięknego otoczenia porywającego duszę i ciało oraz tętniące życiem, francuskie miasteczko i w tym wszystkim mnie depresyjnie ślęczczącą nad egzaminacyjnie wymuszonym rozwojem intelektualnym :P A mam taką przypadłość, że kiedy przez cały dzień zajmuję się czymś mało ciekawym (jak wkładanie do głowy niepotrzebnych detali) to ostatecznie jestem zmęczona tak jakbym kopała doły przez całe popołudnie, a może i bardziej. Dlatego atmosfera egzaminów w moim wykonaniu zawsze sprowadza się do bycia zakopaną w kołdry, rozczochraną, ubraną w cokolwiek, jedzącą cokolwiek i nieco znudzoną, skłonną do narzekania, co normalnie nigdy się nie zdarza. I kto by pomyślał, że nawet na cudownym wybrzeżu, gdzie słońce wciąż świeci, a temperatura przyjemnie odsuwa ode mnie płaszcz, można popaść w czysto egzaminacyjną melancholijkę - da się :D
Dlatego też wybaczcie, że nie podrzuciłam Wam jakiegoś wielce ciekawego kąska (mimo, że uwierzcie - posiadam :P), ale czuję się na tyle rozmemłana, że nie wykrztusiłabym z siebie należytego entuzjazmu. Dlatego częstuję Was jedynie zdjęciem, które wpadło mi w łapy i idealnie pasuje do mojego aktualnego stanu - czyli zjawisko typu BYLEJAKOŚĆ. Swoją drogą pamiętam, że ten paryski cheesburger po całym dniu tułania się po lumpeksach był pycha :P A tak na marginesie ostatnio miałam znowu upojną przyjemność pojawić się na chwilę w Paryżu - wystarczył pierwszy oddech żeby zorientować się, że to miasto faktycznie ma w sobie coś innego, wybitnego, molestującego zmysły. Już poprzysięgłam sobie obstawiając za to swoje kończyny, że kiedyś kupię tam chociaż 9 metrów kwadratowych mieszkania z dostępem do bieżącej wody - ciasne ale paryskie :P
Ok koniec gadania trzeba zrobić sobie zupkę z proszku i w tym wykwintnie kulinarnym towarzystwie katować umysł dalej :D
Na tacy świat…
Wczoraj podczas degustowania w międzynarodowym gronie herbaty z miodem (która była mistycznym odkryciem dla Brazylijczyków) wpadliśmy na pomysł prosty, ale genialny. Otóż zaczęliśmy wirtualnie podróżować do swoich domów. Szanowny internet i wszechobecne satelity potrafią pokazać wszystko. Dodajmy to tego wirtualne spacery po ulicach i można DOSŁOWNIE zajrzeć w okna swoich domów. Swoją drogą jest to niesamowite, że siedząc w gronie osób z 4 krajów mogliśmy minuta po minucie ,,podróżować” pod drzwi każdego z nas - Rio de Janeiro, Warszawa, Kielce, Frankfurt, Amsterdam… wszystko w zasięgu ręki z dokładnością co do kwiatka, który stoi na oknie. Imponujące.
Idąc za tą inspiracją postanowiłam wprowadzić Was bardziej w uniwersytecki świat, w którym żyję. Wcześniej oczywiście sprawdziłam, czy można wirtualnie zajrzeć mi w okna - nie da się, dlatego z czystym sumieniem mogę wskazać swoje bliższe położenie. Zakładam także, że przez kilka tygodni, które mi zostało żaden polski szaleniec nie zechce kupić sobie biletu lotniczego żeby dopaść mnie pod drzwiami akademika :P
Moje ,,Cite Universitaire” nazywa się Triolet i aktualnie spełnia funkcję mojego środowiska naturalnego. Łatwo zaobserwować budynek, w którym mieszkam bo błyskotliwie opisałam go literką B. W podłużnym budynku po prawej stronie znajduje się administracja, pralnia oraz zbawienna Cafeteria, która serwuje ultra tanie, ultra smaczne przekąski. Zazwyczaj spotykamy się tam w celu zrobienia jakiegoś projektu/prezentacji lub zwyczajnie - żeby zjeść i zagrać w piłkarzyki, jeżeli dopadnie nas chęć na tak inteligentną rozrywkę :D Pralnia - miejsce równie szczególne ze względu na klimat tam panujący - z jednej strony idealne warunki żeby poznać ludzi i pogadać czekając wspólnie na koniec prania, a z drugiej strony wieczna walka o pralki i suszarki :P Specyficzny urok, za którym będę tęsknić. Jeżeli chodzi o recepcję to jest to miejsce, w którym oczywiście warto mieć znajomości. Szczególnie żeby znać rozpiskę nocnych dyżurów - jeżeli wiadomo której nocy kto jest ,,strażnikiem” mamy idealną informację kiedy możemy zorganizować głośniejszą fetę bez późniejszego otrzymania listu ostrzegawczego, który jest postrachem tubylczej młodzieży :D
Poza jajkiem zawierającym Triolet, u góry widać okrągłą restaurację uniwersytecką. Czyli miejsce, gdzie za 3 euro można zjeść wielki obiad z deserem, piciem i bułeczką - przyznacie, że sympatycznie. Jedzenie jest urozmaicone, gdyż w samej restauracji są 4 wielkie sale z różnymi kuchniami lub rodzajami jedzenia. Np. pizzeria, kuchnia śródziemnomorska, kanapki/sałatki itd.
W okolicy mniejszego kółeczka (po drugiej stronie ulicy) znajduje się mój uniwersytet (UM2), który niestety nie zmieścił się na mojej sympatycznej mapce. Mimo to możecie sobie mniej więcej wyobrazić, że odległość z łóżka do uczelnianej ławki jest… mikroskopijna. Idąc na zajęcia na 8 mogę spokojnie nastawić budzik na 7.40 i jeszcze leniwie wcisnąć 10 minutową drzemkę :P
Tak wygląda moje codzienne funkcjonowanie w najbliższym otoczeniu. Żeby spotkać się ze znajomymi wystarczy zapukać do budynku obok :D Żeby ruszyć się do centrum należy wsiąść do tramwaju zaznaczonego na niebiesko. Wszytko łatwe, proste i przejrzyste.
Dla całkowitego rozjaśnienia sytuacji zrobiłam sobie wirtualną podróż wokół akademika i znalazłam w miarę sympatyczny widok na mój budynek. Teraz macie pełen pakiet wiedzy na temat tego CO, GDZIE i JAK w życiu pewnej studentki z Montpellier. I powiedzcie mi, że dzisiejsza technologia nie jest niesamowita… :)
Wina, wina dajcie…
Nie wiem skąd się to bierze, jak to jest możliwe i w jaki sposób oni to robią, ale na nadmorskim południu zawsze życie… płynie. Nie biegnie, nie pędzi, nie stoi w miejscu - PŁYNIE. Nie jestem w stanie chyba trafniej określić tego lokalnego zjawiska. Ludzie zamiast zapędzać się w korporacyjny pęd 24h/d spokojnie kosztują ich zasłużone godziny poranne, następnie lunchowe, leniwie spędzając czas przy kawie i bezwstydnym ciastku. Wieczorami nie inaczej - wszystkie knajpki, restauracyjki są wręcz zawalone ludźmi, którzy zupełnie błogo delektują się przemijającym dniem. Czasami my - ,,nietutejsi” zastanawiamy się O CO CHODZI. Czy Ci ludzie wcale nie pracują ?? Czy nie mają obowiązków, zakupów do zrobienia, dzieci do odebrania ze szkoły lub jutrzejszego ciężkiego dnia w pracy ?? Tutejsza rzeczywistość podpowiada, że
a) nie b) są świetnie zorganizowani c) wyznają zasadę raczej hiszpańską wynikającą z bliskości tego kraju, czyli ,,maniana”. Obstawiam to trzecie. Przyznam, że gdyby taki stan świata miał zaistnieć permanentnie w moim życiu… jako fanka wielkomiejskięgo pędu - zwariowałabym.
*
Natomiast chwilami zanurzenie się w tą ich wręcz erotyczną sielankę sprawia mi wielką przyjemność. Piękną sprawą są przykładowo zupełnie hedonistyczne, plenerowe degustacje wina, które dość często się tutaj zdarzają. W samym środku malowniczego centrum, za śmieszną cenę raczą chętnych kielichami tego boskiego trunku. Można spróbować najróżniejszych win, z wielu regionów Francji, nauczyć się jak prawidłowo degustować, a co najważniejsze - delektować się smakiem pod niebem gołym. Podejrzewam, że gdybym na Krakowskim Przedmieściu przysiadła sobie na murku z kieliszkiem wina zostałaby usunięta w przeciągu 5 minut za spożywanie w miejscu publicznym :P Dlatego tutaj nadrabiam na zapas to co niebawem utracę.
*
*
Jeżeli chodzi o wina same w sobie to nie trzeba wyjaśniać, że jest to raj albo raczej RAJ. ZE względu na absolutny ogrom miejsc, które produkują własne wino, cena bardzo dobrego tworu potrafi spaść do śmiesznych kwot - prawo konkurencji. Należy wspomnieć, że ta mnogość wytwórców wynika tu z kilku innych rzeczy niz sprzyjające warunki do produkcji… Otóż we Francji wciąż funkcjonuje instytucja artystokracji. Łatwo poznać - są to wszyscy panowie ze śmiesznymi, złotymi pierścieniami z herbem na małym palcu oraz o nazwisku z przedrostkiem de (d’, de la, des). Są to osoby, których przodek otrzymał od króla (po rewolucji od Napoleona) pozycję arystokraty, a wraz z nią ziemię oraz ZAMEK (skromny zestawik każdego artystokraty, których we Francji jest od groma). Zamczysko zostaje w rodzinie przez pokolenia, jednak z biegiem czasu, kiedy arystokracja biednieje - część rodzin nie jest w stanie utrzymać swoich zamków. Dlatego w celu zarobienia na ich przetrwanie przeistaczają je w hotele lub malutkie WYTWÓRNIE WINA, a czasem jedno i drugie. W związku z tym w samej okolicy Montpellier może być co najmniej kilkanaście małych producentów, a co dopiero w regionie czy całej Francji !!! Stąd ogrom wyboru i przepiękne ceny pieszczące podniebienie i portfel zachłannej Barbary. Dziękuję szanownej arystokracji.
Dla ciekawostki powiem, że bardzo przyzwoite wino kupi się z pewnością w cenie 4-5 euro, a czasem można dostać nawet za mniej. Oczywiście mówię tu o smaku, a nie o wyjątkowo znanych szczepach, czy wybitnie długim okresie dojrzewania :P Przypominam, że u nas w tej cenie można dostać różowe, kalifornijskie, bardzo średnie - z proszku :D Stąd moje wielkie oczarowanie lokalnymi urokami.
Przyznam, że będzie mi dziko brakowało uroczej dostępności tej winnej rozkoszy… Jeszcze chwila została do mojego wyjazdu, a już tęsknię za tą bezwstydną przyjemnostką bo wraz z nią chwila faktycznie, dosłownie PŁYNIE… :]
Był teatr, jest kino…
Skoro przelatujemy już przez elementy sztuki francuskiej sprawdźmy jak działa to w kinie… Otóż na tym polu kolejne zaskoczenia, które powaliły mnie na kolana, a następnie na łokcie.
Jeżeli chodzi o kino francuskie samo w sobie to z pewnością, każdy zna przynajmniej kilka filmów z tego sortu. Są to filmy specyficzne i trzeba lubić ten rodzaj kina - mówi się, że są to filmy, w których zazwyczaj nie dzieje się nic :P Faktycznie często tak bywa, że są to mocno ,,leniwe” produkcje ale mimo wszystko z przekazem. Zdecydowanie wolę ten rodzaj niż przykładowo filmy akcji, gdzie samoloty fruwają, kobiety machają silikonowym biustem, a ostatecznej pointy raczej… brak. Z filmów, które widziałam w tutejszym kinie warty polecenia jest “L’apollonide - Souvenirs de la maison close”. Czyli absurdalnie przetłumaczony na język polski tytuł ,,Zza okien domu publicznego” - wielbię polskie tłumaczenia :P Film opowiada o życiu prostytutek w XXI wieku… Sporo szokujących scen i obrazów dających do myślenia o naturze ludzkiego umysłu i tym podobnych. Muzyka całkowicie wybitna - chociażby dla niej warto zobaczyć - jednym słowem polecam.
Natomiast to, czego NIE POLECAM Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ to wyprawy do francuskiego kina na obcojęzyczny film…………………… Tak dużego wstrząsu wewnętrznego nie przeżyłam od dawien dawna. Otóż okazało się, że sprytni Francuzi używają DUBBINGU. Dla całkowitego rozjaśnienia sytuacji dodam, że nie chodzi o lektora… chodzi raczej o poziom produkcji w stylu Hannah Montanna, która jest jedynym tworem dubbingowanym w Polsce (lub jej podobne). Ale w życiu nie wpadłabym na pomysł, że bądź co bądź wykształcony naród może stwierdzić, że fajnie będzie całkowicie zepsuć czyjeś dzieło, olać ciepłym moczem grę aktorską i z lenistwa podłożyć kiepsko dopasowane głosy, równie kiepsko udające emocje… TRAGIZM. W życiu nie widziałam czegoś tak potwornego. Co więcej dowiedziałam się, że w Niemczech taki proceder to też normalka. W takich chwilach poważnie dziękuję niebiosom, że urodziłam się w mniej rozwiniętym kraju, bo przynajmniej nie jesteśmy aż tak leniwi i rozpieszczeni, żeby z kaprysu odbierać sobie dostęp do sztuki. Doświadczenie zdecydowanie nie warte przeżycia nawet z ciekawości :P
Reasumując - kino francuskie polecam z pełnym przekonaniem, natomiast wyjście DO kina we Francji… zależy na co :)
L’usage des Bottines…
Skoro mam cel odkrywać kraj, to należy realizować plan na każdym polu, a już z pewnością na każdym moralnym :D Dlatego od dłuższego czasu planowałam umieścić swoją postać na widowni jednego z francuskich teatrów. Jak pomyślała tak zrobiła. Biorąc pod uwagę, że nie znam języka w takim stopniu żeby odkrywać głębię przekazu, wybrałam spektakl, którego urok skupia się bardziej na formie. Czyli KABARET w stylu francuskim - dużo tańca, śpiewu, przebieranek i często absurdalnego humoru. Oczekiwałam po tym wypadzie przede wszystkim pewnego rodzaju doświadczenia w postaci: ,,jak francuski teatr różni się od naszego” - chciałam, dostałam i to ze zdwojoną mocą :)
Otóż różnic jest dużo, a właściwie wszystko jest inne oprócz faktu, że odgrywana jest sztuka, a na widowni znajdują się ludzie :P Przede wszystkim jest tutaj mnóstwo teatrów, z ogromną ilością spektakli, co w sposób oczywisty wpływa na cenę biletów - niska !!! Z tych samych powodów wszystko zorganizowane jest tak żeby przyciągnąć widza, przywiązać go do danego teatru i spowodować żeby chciał wrócić. O szczegółach za moment.
Spektakl, który wybrałam nosi tytuł (który oczywiście miał wpływ na mój wybór :P) ,,De l’usage des Bottines” czyli tłumacząc mniej więcej ,,Wykorzystanie/użycie botków”. Brało w nim udział 6 aktorek, które w swoich rolach operowały mocno absurdalnym poczuciem humoru - w odgrywanych scenkach, ruchach, monologach, czy tańcu - czyli idealnie dla mnie. Dodatkowo całość była zachowana w klimacie totalnie francuski (takim jak widzimy np. w francuskich filmach z obrazem lat dwudziestych), a dokładnie tego oczekiwałam od sztuki, która miała jeszcze bardziej pokazać mi styl tego kraju.
*
*
*
*
*
*
Z rzeczy zupełnie dla mnie nowych i szokujących… Aktorki nie tylko GRAJĄ ale także od początku do końca nawiązują interakcje z publicznością. Zaczynając od tego, że sprawdzanie biletów już jest elementem spektaklu zachowanym w całej konwencji sztuki, a nie tylko procedurą. Co więcej podczas przerwy aktorki zamiast ukryć się za kurtyną są non stop na sali z widzami - rozmawiają, śmieją się, CZĘSTUJĄ WINEM i wszystko to wciąż było elementem odgrywanego spektaklu - czyli przerwa jako coś dla widowni, nie dla aktora. Atmosfera bardziej jak na spotkaniu ze znajomymi w ulubionej knajpce, niż w miejscu, gdzie powstaje sztuka wysoka. Co więcej na sam koniec spektaklu również w ramach scenariusza zaczęły przygotowywać ZUPĘ, którą następnie w swój sceniczny sposób rozdały całej publiczności… Na marginesie - zupa dupę urwała :P
Ale myślę, że możecie wyobrazić sobie moją minę. Ja przyzwyczajona do Polskiej wersji teatru, gdzie wszystko komunikowane jest dzwonkami lub ze sztywnego nagrania ,,prosimy wyłączyć telefony komórkowe”, gdzie aktorzy są totalnie na dystans z publicznością i nie można pod żadnym pozorem spożywać posiłków i wszystko odbywa się ,,na kwadratowo”. Nagle wpadam do miejsca, gdzie aktorzy serwują mi zupę i wino :D Przyznam, że trochę zwariowałam. Ale ostatecznie: uwielbiam !!! Oczywiście był to jeden z teatrów - jest ich dużo więcej i podejrzewam, że każdy ma jakiś pomysł na siebie. Jestem także pewna, że gdy grany jest na przykład poważny monodram aktor nie wyskakuje nagle z naleśnikami dla zgromadzonych. Ale ewidentnie widać, że kultura teatru jest czymś totalnie innym niż w polskiej rzeczywistości. Podoba mi się to! Teatr przez to staje się bardziej przystępny, mniej racjonalny, czy zdystansowany. Nie zaskoczę, kiedy powiem, że PRAGNĘ WIĘCEJ.
l’éducation…
Pomiędzy moimi utopijnymi wpisami związanymi z byciem w raju lub robieniem czegoś rozkosznego pojawiło się stado zapytań CO Z UCZELNIĄ. Faktycznie w tym temacie jeszcze się nie rozpisałam, dlatego postanowiłam nadrobić tę skromną zaległość. W sumie nie wiem czy taką skromną bo przecież przyjechałam tu właśnie studiować, więc pewnie powinna być to pierwsza relacja :P Zaznaczam, że przedstawiam mój punkt widzenia i stan rzeczy na uczelni, w której JA studiuję - w każdym kraju, a nawet w każdym innym uniwersytecie, czy z innymi ludźmi może być zupełnie inaczej.
*
*
Jeżeli miałabym porównać gdzie studiuje się lepiej/gorzej/łatwiej/trudniej to sprawa jest skomplikowana bo ciężko jest porównywać do siebie studiowanie samo w sobie. Zawsze towarzyszą temu jednak warunki/okoliczności/otoczenie. Czy studiuje mi się tutaj łatwiej niż na terrorystycznym Uniwersytecie Warszawskim ?? OCZYWIŚCIE. Ale nie dlatego, że zajęcia są mniej trudne, program łatwiejszy, czy jest mniej kursów - zupełnie nie. Przede wszystkim tutaj wykładowcy charakteryzują się brakiem kompleksów i nie wyżywają się na studentach, czego niestety o dużej części polskich wykładowców nie można powiedzieć. Dodatkowo zajęcia są zdecydowanie lepiej zorganizowane bo kursy odbywają się w niewielkich grupach, w blokach, które trwają 3 godziny (a nie półtorej) i bez przerwy bazują na PRAKTYCZNYCH przykładach, realnych projektach, prezentacjach i ciągłej komunikacji. Z tego typu intensywnych, warsztatowych zajęć, w których wciąż bierze się aktywny udział wynosi się duuuużo więcej niż z wykładów, które często są jednostronną pieśnią samozachwytu wykładowcy - bezpodstawną. Dodatkowo wciąż i bez końca poruszany jest międzynarodowy punkt widzenia na wszystkie kwestie, co otwiera oczy na wiele tematów, które w polskim programie zajęć nie występują.
Niestety z obecnościami na zajęciach jest dużo ciężej niż w Polsce… nie ma prawa do ani jednej bezpodstawnej nieobecności - nie ma usprawiedliwienia od lekarza = nie ma dopuszczenia do egzaminu. Taka specyfika francuskiej nadgorliwości :P
Istnieje jeden istotny aspekt, dla którego studiowanie na tego typu krótkim wyjeździe zasadniczo różni się od edukacji na własnej ziemi… Otóż Erasmusowe życie to sielanka, w której JEDYNYM obowiązkiem jest uczelnia. Będąc w swoim kraju ma się tysiąc pięćset obowiązków, a oprócz szkoły jest także praca, oraz życie towarzyskie. Na mojej uczelni nikt z zagranicznych studentów nie pracuje bo skoro nie można opuszczać zajęć podejmowanie pracy nie ma sensu kosztem zawalenia semestru (poza tym jest stypendium :)) Natomiast życie towarzyskie bazuje w 90% na osobach TAKŻE z uczelni, więc wszystko kręci się wokół jednego - bycia studentem. Siłą rzeczy, kiedy nie ma się na głowie ZUPEŁNIE NIC innego - czy studiowanie może być trudne ?? Nie sądzę, ale musiałabym zapytać tych polskich studentów, którzy nie tknęli pracy przez cały okres studiowania, a potem dziwią się, że nie ma dla nich miejsc na kierowniczych stanowiskach :D
Natomiast spory problem mają osoby, które nie mówią biegle po angielsku… sprawa w takiej sytuacji zaczyna robić się przykra, a studiowanie mocno niewykonalne (przypominam, że większość przedmiotów jest po angielsku, zajęcia po francusku raczej występują w charakterze wolnego słuchacza). Wyobraźcie sobie np. 20 minutową prezentację np. z ekonomii międzynarodowej w specjalistycznym angielskim - nie dość, ze trzeba stanąć przed chmarą ludzi, mówić o rzeczach mocno niełatwych, to jeszcze należy zrealizować to w obcym języku, którym posługuje się słabo… Niestety czasem taki obrazek ma miejsce bo tego typu prezentacyjna przyjemność dotyka każdego przynajmniej kilka razy. Wiadomo - można założyć ,,nauczę się na miejscu”, ale wydaje mi się, że najpierw trzeba wziąć pod uwagę, że studiuje się z ludźmi z całego świata, dla których angielski to norma, a słaby angielski to absolutnie niezrozumiałe zjawisko i dziwactwo - w związku z tym ta niewiedza szybko odbija się nie tylko na wynikach na uczelni ale także na życiu towarzyskim… Przykre ale prawdziwe i niestety widzę takie przykłady obok siebie i mam wrażenie, że te osoby chciałyby jak najszybciej teleportować się do swojego kraju…. Reasumując - dla osób ze słabym angielskim - zajęcia do zdania, ale po licznych stresach i publicznych upokorzeniach - nie polecam :P Ale dla tych, którzy już mówią nieźle jest to gwarancja, że wrócą z takiego wyjazdu z przynajmniej jednym językiem na poziomie absolutnie biegłym.
*
*
Polecam taki edukacyjny wyjazd wszystkim, którzy mają ochotę swoją wiedzę z zakresu studiów poszerzyć o międzynarodowy punkt widzenia i praktyczne wykorzystanie. Także dla tych, którzy chcą zrobić z angielskiego język, w którym potrafią bez najmniejszego wysiłku żyć/pracować, a nawet śnić :P
Zmieniło się dużo, a właściwie prawie wszystko w moim studenckim życiu. Ale pewne rzeczy są NIEZMIENNE. Wiecznie towarzyszący mi komputerek i telefon do kontaktu ze światem. We francuskiej rzeczywistości takim sprzętem jest kultowa Nokia 3310, która jest domem dla lokalnego numeru. Model robi furorę :D
Wiosna niestosowna…
Wiosna rozleniwia i skutecznie odpycha mnie od okupowania moje zacnego ,,apartamentu”, dlatego komputer jest urządzeniem, które aktualnie nieczęsto dotykam - stąd drobne zaległości. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że nie piszę tego dlatego, że mamy maj (bo we Francji również jest listopad :P), ale dlatego, że jesienny charakter południowego wybrzeża bardzo rzadko przypomina naszą burą, polską jesień. Tak właściwie to już drżę na ten wielki powrót do polskiej rzeczywistości W SAMYM ŚRODKU ZIMY. Podejrzewam, że do wyjazdu nie będę miała ani jednej okazji żeby skorzystać z zimowego płaszcza (oprócz zaliczonego już Paryża), więc jak wkroczę na polskie śniegi… umrę. Tym bardziej, że wracam nieco wcześniej niż planowałam (z przyczyn niezwykle zadowalających, chwilowo utajnionych), więc mogę zapomnieć o ominięci szczytu naszej zimy - wymrażającej wszystkie tkanki ciała.
Na chwilę uciekam od tematu paryskiego gwaru i wracam w rejony montpellierskiej (?) sielanki, gdzie upajanie się pogodą wciąż jest zjawiskiem prawie codziennym. Na przykład wczoraj bez większego planu, w wyśmienitym towarzystwie rzuciłam się w otchłań miejskich uliczek, parków i wydarzeń, malowniczo skąpanych w południowym słońcu. Taka sobie leniwa niedziela z cyklu kawa na rynku pod gołym niebem, wdychanie zapachu jeszcze nie całkiem pomarańczowych drzew i piknik w losowo wybranym miejscu. Trafiło na nowo odnaleziony dach w centrum, z którego widać całe miasto. Nie trzeba dodawać, że był to piękny dzień, za który możecie mnie lekko znienawidzić :P Do tego wszystkiego Montpellier wciąż ma nowe zakamarki, które bez przerwy odkrywamy. Tego czego nie można odmówić Francuzom - potrafią tworzyć szczególny klimat miast - każde inne, w swoim indywidualnym charakterze, ale jak leci - wszystkie UROCZE i interesujące.
Idąc za Waszymi usilnymi prośbami w trybie bardzo pilnym dostarczę Wam w końcu krótki wywód, aby udowodnić, że jednak nie tylko podróżuję, relaksuję się i weekenduję :P Czyli temat –> STUDIOWANIE !
Potęgi tajemnica…
Czego jak czego, ale tego drobnego elementu w Paryżu nie da się i nie wypada ominąć. Nie ma co ukrywać - wieża jest piękna, ale czy jest aż tak niesamowitym zjawiskiem żeby zrobienie zdjęcia pod nią było marzeniem ludzi na całym świecie?? Mam wahania. Niemniej jednak zdjęcie zrobiłam - nie jedno i to w swoim tradycyjnym stylu zapoczątkowanym gdzieś w centrum tłocznego Chicago.
Szkoda, że żeby zrobić porządne zdjęcie wieży, w w momencie, w którym najlepiej się prezentuje (wszystkie pełne godziny wieczorne zaczynając od 18), trzeba posiadać jakiś wybitny aparat - pewnie ze statywem :P Nie posiadam, dlatego uraczę Was tylko zdjęciami za dnia. Z resztą nie będą one niczym specjalnym bo założę się, że nawet nie będąc w tym mieście widzieliście ją pewnie z 200 razy :P
Swoją drogą jest to poważnie NIESAMOWITE jak produkcje filmowe, książki i tym podobne twory potrafią ,,nakręcić” psychikę człowieka, że widząc wieżę po raz pierwszy np. z samolotu, piszczy lub klaszcze w dłonie… Pałac kultury też jest niezły, a nikt się nim nie podnieca :P Tak jak napisałam wcześniej jest w Paryżu sporo zjawisk, które zasługują moim zdaniem na głośniejsze dźwięki zachwytu, a jakoś specjalnie dla nich nikt do tego miasta nie przyjeżdża - a dla wieży owszem… Przecież kiedy słyszymy ,,oświadczyny pod Wieżą Eiffle’a” to od razu pojawia się wielkie WOW. D-l-a-c-z-e-g-o ???Tradycyjnie uważam, że ktoś zmyślny i mądry napędził ten cały szał wieżowy wiele lat temu w jakiś sprytny promocyjny sposób. I czapki z głów bo zrobić z obiektu pięknego, ale nie obłędnie porywającego coś TAK popularnego lub raczej najbardziej popularnego na świecie - trzeba być geniuszem.
*
*
*
Fakt, że tego fenomenu nie rozumiem, a jednocześnie go podziwiam nie zmienia tego, że Paryż bez wieży to nie Paryż. Całkiem fajnie jest spacerować sobie jesiennymi uliczkami tego gigantycznego miasta i raz na jakiś czas rzucić okiem na majaczącą w oddali wieżę Eiffle’a, przypominając sobie, że jest się w kultowym miejscu, o którym marzą tysiące, a może miliony :)
Szmacianki paryskie…
Tak już mam, że zamiast ślepo podążać za punktami przewodnika, wolę nieco z nich zboczyć i posmakować prawdziwej esencji miasta. Tak wyszukuję miejsca, które nie są typowym turystycznym szlakiem, a raczej moim strzałem upolowanym w celu podążania za swoim - nazwijmy to podwórkowo - ,,klimatem”. Dlatego w dziedzinie ubraniowo-zakupowej zamiast posłuchać wskazówek kierujących do Galerii Lafayette’a czy na Champs Elysees, swojego punktu zakupowego szukałam zupełnie gdzieś indziej. Tak trafiłam do raju dla swoich pasji, namiętności i portfela, czyli do sklepów Vintage!
Sklepów tego typu jest faktycznie sporo, ale raczej nie warto liczyć na to, że idąc środkiem miasta nagle coś rzuci się Wam w oczy. W tak ogromnym mieście, z całą masą różnorodnych dzielnic i okolic zdecydowanie trzeba zaopatrzyć się w porządną, wcześniej przygotowaną listę sklepów i solidną mapę z planem gdzie, jak i kiedy.
Znajdują się tam dwa rodzaje sklepów.
1) typowe Vintage Store’y z asortymentem już przebranym i przygotowanym pod sprzedaż ubrań pochodzących jakby nie z tej epoki. Najczęściej są to różniste sukienki, torebki, kurtki - większość we współczesnym klimacie stylizacyjnym, ale jednak pochodzące z czasów, na których dzisiejsza moda bazuje i je kopiuje. Czyli perełki, unikaty - to co Barbary lubią najbardziej. Można też znaleźć stroje, które w polskiej rzeczywistości nadałyby się raczej na bal przebierańców, ale również zapierające dech w piersi mej.
2) sklepy przypominające naszą ,,tanią odzież” czyli można znaleźć tam wszystko - ubrania piękne i tragiczne, spotkać każdego - przestylizowane artystki i kloszardów szukających kurtki na zimę, a przede wszystkim kupuje się we wspaniałej cenie! Ten wariant skradł moje serce w stopniu najwyższym.
Rzeczy jakie można było wyszperać w tych sklepach są fantastycznie niespotykane i duuuużo lepsze jakościowo i duuużo piekniejsze niż łowy, których można dokonać na naszej polskiej ziemi w podobnych sklepach. Oszalałam, zwariowałam i gdyby nie wizja, że będę żyła w strefie euro jeszcze przez jakiś czas to wyjechałabym z Paryża nie z kilkoma siatkami, a WALIZKAMI. Polecam!
*
*
*
- Najciekawszy sklep Vintage z tych, które odwiedziłam: Coiffeur. 32 Rue de Rosiers. Najbliższe metro: Saint Paul. Wszystko po 10 euro.
- Najlepszy lumpex. Guerrisol: 19 avenue de Clichy - najbliższe metro: Place de Clichy. Ceny od 3 do 5 euro :) Warto atakować w poniedziałkowe przedpołudnie bo można znaleźć prawdziwe skarby.
Natomiast jeżeli chodzi o Paryskie ulice pod kątem ubierania tamtejszych mieszkańców to dopadło mnie pewne rozczarowanie… Otóż od stolicy świata mody oczekiwałam sporo i pewnie to ,,nastawienie się” spowodowało, że trochę nie tak to sobie wyobrażałam. Otóż kobiet ubranych wybitnie, czyli na poziomie, że szczęka opada, widziałam przez tydzień… 2. Nieco więcej mężczyzn ze względu na to, że noszą do pracy perfekcyjnie skrojone garnitury, które jak wiadomo - robią wrażenie. Większość to ludzie raczej przeciętnie ubrani, czasami trafiają się osoby w dość oczywistym klimacie H&M i to by było na tyle… Dużo więcej perfekcyjnie ubranych osób widziałam w malutkim Monaco niż w wielkiej stolicy. Biorę pod uwagę, że duża część rdzennych Paryżan opuściła akurat wtedy swoje miasto ze względu na francuski okres wakacyjny i moje oczy w głównej mierze trafiały na turystów… może. I chyba wolę w to wierzyć bo musiałabym zaakceptować, że piękna legenda jest fikcją a to byłoby smutne.
*
*
*
*
*
*
*
Przenosząc się w zupełnie inny klimat - sklepów przy kultowej Champs Elysees, to mity dotyczące kolejek do sklepu Louis Vuitton są PRAWDĄ. Ale nie wynika to oczywiście z ogromnego zainteresowania, a z najzwyklejszego triku marketingowego. Sklep jest prawie pusty, a kolejka długo majaczy przed wejściem - zupełnie bez sensu. Ale dzięki temu przechodnie myślą, że ten sklep z ogromnym napisem to z pewnością marka wyjątkowo luksusowa, niedostępna i popularna. Trochę śmieszne, ale tak to już bywa w snobistycznym świecie, że pozory są ważne, a może najważniejsze. Oprócz LV znaleźć tu można wszystkie najsilniejsze marki świata i jeżeli ktoś lubi klimat luksusu i przepychu z pewnością będzie czuł się tutaj jak ryba w wodzie. Ja w tym czasie pozostanę w dzielnicy znanej jako studencko-gejowska, grzebiąc w odzieży z innej epoki :P
Paryż na zakupy - TAAAK, taaak i jeszcze raz TAK.
*
W kolejnym kroku w końcu porwę Was pod najsłynniejszą wieżę, której nazwy nawet nie trzeba przytaczać :] A na koniec z ciekawostek dotyczących francuskiej mentalności opowiem anegdotkę. Dzisiaj było 19 stopni, wiatr - dość silny, ale całkiem zwykły, trochę padało. Odwołano wszystkie zajęcia przez cały dzień, przestały kursować tramwaje i STANOWCZO ODRADZANO wychodzić poza swoje miejsce zamieszkania :P Myślę, że zrobiłabym niezły biznes organizując dla Francuzów wyjazdową ,,szkołę przetrwania dla najwytrwalszych”, która rozgrywałaby się w Polsce ZIMĄ :P





